Przejdź do głównej zawartości

Gwałt na zgodzie, czyli o roszczeniu, które wymazuje autonomię i ignoruje biologię

 


W sekcji komentarzy pod postem posełkini (jakoś tak bardziej mi się to słowo podoba niż posłanki :P) Moniki Rosy o ustawie dopuszczającej aborcję w przypadku ciężkiego uszkodzenia płodu, którą właśnie przyjął sejm,  doszło do wymiany zdań, która w pigułce skupia cały dramat współczesnego dyskursu o sprawczości i prawach obywatelskich. 

Gdy w dyskusji pojawia się atak sprowadzający wartość kobiety wyłącznie do jej wieku oraz obecnej sprawności biologicznej, na powierzchni widzimy po prostu rynsztokowe chamstwo. Jednak tuż pod powierzchnią kryje się coś znacznie bardziej złowrogiego, a mianowicie całkowita alienacja pojęcia świadomej zgody. Nie jest to przypadek odosobniony, lecz mikro-objaw szerszego syndromu traktowania niechęci kobiety do ciąży jako przeszkody proceduralnej, a nie jako ostatecznego i niepodważalnego weta. Pora nazwać ten mechanizm po imieniu i precyzyjnie go zdefiniować.

Gwałt na zgodzie kobiety to konstrukcja pojęciowa i postawa dyskursywna, w której przyrodzona autonomia decyzyjna kobiety, jej ciało, zdrowie oraz plany życiowe zostają zredukowane do opcjonalnego tła dla męskiego roszczenia lub biologicznego determinizmu. W tej wykoślawionej logice świadoma zgoda przestaje być fundamentem, a staje się jedynie formalnością. Odmowa jest traktowana nie jako prawnie chroniona granica, lecz jako agresywny zamach na męskie prawo do realizacji własnego zamysłu, a ciało kobiety zostaje sprowadzone do roli zasobu lub pustej przestrzeni do zagospodarowania.

Spójrzmy na składnię zdania: „Ja jeszcze mogę zrobić dziecko”. To nie jest deklaracja chęci zbudowania relacji, założenia rodziny czy podjęcia wspólnej, odpowiedzialnej decyzji, lecz gramatyka podmiotu i przedmiotu. Podmiotem jest męskie „ja” i jego potencjał, natomiast drugi człowiek nie występuje w tym równaniu jako partner z własną wolą. Jeśli prokreacja jest sprowadzana wyłącznie do jednostronnego aktu woli, z którego wymazuje się wolę kobiety, mamy do czynienia z podręcznikowym gwałtem na zgodzie. Próba przypomnienia o konieczności przyzwolenia wywołuje u adwersarzy natychmiastowy paniczny amok, ucieczkę w wyzwiska i agresywne zaprzeczenie, ponieważ bez wymazania zgody ich matryca myślenia rozsypuje się w pył.

Przegląd sekcji komentarzy dostarcza bezcennego materiału badawczego i ujawnia, jak ta matryca działa w praktyce. Zamiast merytorycznej dyskusji o etyce lekarskiej czy prawie, adwersarze natychmiast sięgają po język skrajnej demonizacji i wykrzykiwane wielkimi literami hasła o morderstwie. Próba uwięzienia kobiety w narzuconej roli ma wywołać dożywotnie poczucie winy, a posługiwanie się pojęciami ze słownika prawa karnego stanowi publicystyczne fałszerstwo, mające wyeliminować z dyskusji przesłanki zdrowotne i medyczne.

Równie powszechna jest paternalistyczna ignorancja połączona z rynsztokową obyczajowością. Sprowadzanie skomplikowanych problemów systemowych do protekcjonalnych porad o antykoncepcji czy wulgarnych porównań do zwierząt służy odebraniu kobietom godności. Towarzyszy temu całkowity analfabetyzm biologiczny, udający, że antykoncepcja jest niezawodna w stu procentach, a wady letalne czy zagrożenie życia pacjentki po prostu nie istnieją.

Gdy brakuje argumentów merytorycznych, dyskusja ucieka w skrajności. Z jednej strony pojawia się cytowanie starotestamentowego prawa odwetu i zasady krew za krew, zestawiane w absurdalnym fikołku z nowożytną Konstytucją, co jest próbą zastraszenia rozmówcy i odrzuceniem cywilizacji prawnej na rzecz plemiennej zemsty. Z drugiej strony tworzy się wyidealizowane personifikacje struktur biologicznych pozbawionych układu nerwowego, odbierając równocześnie jakąkolwiek podmiotowość dorosłej kobiecie i dyktując jej wulgarnie celibat lub sterylizację.

Do tego dochodzi czołowy mit propagandy wizualnej, czyli zrównanie zgody na czynność seksualną ze zgodą na jej niezamierzony skutek biologiczny. Idąc tym tokiem myślenia, wsiadając do samochodu, wyraża się automatyczną zgodę na wypadek i zrzeka prawa do opieki lekarskiej. Co ciekawe, ta rzekoma automatyczność biologiczna nagle znika, gdy mowa o odpowiedzialności mężczyzn. Zostaje ona wtedy zredukowana do symbolicznego przelewu alimentacyjnego, jakby paręset złotych miesięcznie stanowiło biologiczny i zdrowotny ekwiwalent dziewięciu miesięcy noszenia ciąży, porodu i ryzyka utraty życia.

Ostatnio w komentarzach pojawiają się nawet próby wykręcania języka praw człowieka, polegające na przydzielaniu statusu „kobiety” zygotom na podstawie obecności chromosomu X. Nadawanie praw obywatelskich strukturom tkankowym tylko po to, by unieważnić prawa, zdrowie i życie realnej, czującej kobiety, to szczyt retorycznej gimnastyki. A gdy i to zawodzi, pozostaje już tylko rzucanie wulgaryzmami na otwarciu, wyzywanie od lewactwa i bezczelne kłamstwo, że w polskich szpitalach po wyroku Trybunału Konstytucyjnego wszystko jest rzekomo dozwolone pod nadzorem lekarza.

Główny wniosek płynący z analizy tego dyskursu jest porażający: opór wobec praw reprodukcyjnych nie wynika z wiedzy ani troski, lecz z głębokiego analfabetyzmu biologicznego oraz lęku przed uznaniem pełnej autonomii drugiego człowieka. Komentujący wykazują kompletny brak znajomości fizjologii ludzkiej seksualności, mechanizmów zapłodnienia oraz przebiegu ciąży. Traktują zgodę jako pojęcie jednokierunkowe, gdzie kobieta ma prawo powiedzieć „tak” na początku, ale traci prawo do decydowania o własnym ciele na jakimkolwiek późniejszym etapie.

Kobieta w tych narracjach przestaje być człowiekiem z własną historią, zdrowiem i planami, a staje się jedynie tłem, zasobem lub przeszkodą proceduralną. Słowa mają jednak swoje konsekwencje. Kiedy sprowadzamy prokreację do jednostronnego dyktatu, a decyzje medyczne do rynsztokowego oceniania obyczajów, dokonujemy symbolicznego gwałtu na autonomii drugiego człowieka. Dlatego o prawie do zdrowia, wolności i bezpieczeństwa należy rozmawiać językiem faktów, biologii, medycyny i praw człowieka, a nie emocjonalnym szantażem, ignorancją i mądrościami z epoki brązu.

Poniżej link do posta Pani Posełkini 

https://www.facebook.com/RosaMonikaAnna/posts/pfbid03116DCakQ4zdRqcTVKpLr1NzHjxZShF7Lp9d5zCCGbBUrPpjxwwLtw3u92CmTxN1Sl





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Na co komu ta księgowa?

Specjalnie posłużyłam się powyższym obrazkiem, gdyż  większości "korpoksięgowych" czy może raczej "ekauntantów" taki obrazek wydaje się widokiem z obcej planety. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ "księgowość" większości takich osób wydaje się wprowadzaniem danych do systemu. Oczywiście danych zaciąganych automatycznie z ekselowskich plików lub też podawanych w mejlach od "biznesu". Skąd te dane "biznes" bierze? To raczej mało istotne. Istotne jest aby były one przekazane do systemu w wymagany  procedurą, ustalony i zatwierdzony przez "menedżerów" sposób. Oczywiście odpowiednio sformatowany i odpowiednio opisany. Do czego ma to służyć, skąd się wzięło i w jaki sposób powinno to zostać zinterpretowane, to już takich "korpoksięgowych" nie obchodzi, bo też rzadko kiedy takie rzeczy wiedzą. Najważniejsza jest przecież szybkość i sprawnie opanowany excel. Kiedy takie "korpoludki" jadą na  "tranzyszy...

U źródeł wielkiej huty

Kiedy 24 czerwca  w 1257, roku Książę Opola i Raciborza, Władysław, nadawał Bożogrobcom na zagospodarowanie wieś Chorzów, pewnie nie podejrzewał jakie skarby kryją się pod jego stopami. Nie podejrzewał też pewnie, że skarby te za kilkaset lat spowodują nagły wzrost gospodarczy tej wioski, która w czasie jej nadawania była według źródeł historycznych zniszczona po najeździe tatarskim, a do zadań Bożogrobców należało między innymi jej odbudowanie. Ponieważ jedną z podstawowych reguł zakonu była pomoc chorym, we wsi założono szpital, który następnie przeniesiono do Bytomia. Jednakże chorzowscy proboszczowie nadal byli przeorami szpitala św. Ducha. Bożogrobcy działali we wsi Chorzów aż do 1817 roku, kiedy po kasacji klasztorów przez Fryderyka Wilhelma II, kościół w Chorzowie zostaje przejęty przez proboszcza świeckiego Józefa Bedera. Pamiętam jeszcze, że w szkole uczono mnie, że Chorzów, jako Królewska Huta, prawa miejskie zyskał w 1922 roku, czyli w momencie przyłączenia go ...

Sztuka obiecywania

  Moi drodzy. Zauważyłam, że większość osób aktywnych w komentarzach dotyczących polityki w Chorzowie, zainteresowała się nią dopiero koło 2023 roku. Tymczasem sytuacja, która ma miejsce dzisiaj, zaczęła się wiele lat temu. Jak wiecie bardzo lubię zajmować się  wiwisekcjami różnych narracji, w związku z czym, tym razem na warsztat biorę obietnice dotyczące wybudowania stadionu Ruchu Chorzów.  Cofnijmy się zatem w czasie do roku 2016, kiedy to gruchnęła wieść, że ówczesny prezes klubu, Dariusz Smagorowicz, zaciągał wysoko oprocentowane pożyczki na regulację bieżących zobowiązań. Pożyczki te doprowadziły do narastającej spirali długów, która z kolei spowodowała, że Pan Smagorowicz postawił Miastu Chorzów, wtedy jeszcze reprezentowanemu przez Andrzeja Kotalę ultimatum, że albo Miasto da klubowi 18 milionów złotych, albo klub upadnie. Po wielu burzliwych dyskusjach, Miasto zgodziło się na jej udzielenie. W tym samym czasie okazuje się jednak, że prezes Smagorowicz w dokumenta...