Przejdź do głównej zawartości

Dlaczego filolog rozbraja AI skuteczniej niż programista, czyli narzędzia krytycznoliterackie kontra halucynacje LLM

 

Moi drodzy. Jak zapewne wiecie, pracuję w międzynarodowej firmie, w której panuje przekonanie, że jeśli potrafisz korzystać ze sztucznej inteligencji i sztuczna inteligencja przyspiesza Twoją pracę i poprawia produktywność, to masz z niej korzystać. Firma systematycznie szkoli też swoich pracowników, jak produktywnie i użytecznie wykorzystywać sztuczną inteligencję na co dzień.

Tak się składa, że pierwszy komputer moi rodzice zdecydowali się zakupić dopiero kiedy skończyłam 22 lata. Oczywiście miałam z nim wcześniej do czynienia w szkole średniej i nawet miałam egzamin zawodowy z komputeryzacji prac biurowych. Zdałam go tylko i wyłącznie dlatego, że moje sąsiadki umożliwiły mi skorzystanie ze swojego komputera, za co do dziś jestem im wdzięczna. 

Po prostu moi rodzice uznali, że komputer to jeszcze większy złodziej czasu, który przecież mogłabym przeznaczyć na sprzątanie (do dziś na myśl o sprzątaniu robi mi się niedobrze i muszę naprawdę długo przygotowywać się psychicznie żeby sobotnie przedpołudnie, nie zamieniło się w niedzielny wieczór), niż telewizja.

No więc wyobraźcie sobie, że ponad dwadzieścia lat później, pracuję w firmie, która zmusza swoich pracowników do korzystania ze sztucznej inteligencji. Mnie, wykształconą humanistkę.

Ale przejdźmy do rzeczy. Na szkoleniach tych jak mantrę przekazuje się nam informację o tym że dużym modelom językowym (large language models - LLM), nie można do końca ufać, gdyż będąc trenowane na ogromnych tekstach, nie generują odpowiedzi na pytania, które zadajemy, tylko przewidują słowa, których powinny użyć w reakcji na określone słowa. Prowadzi to często do tak zwanych halucynacji, w których duże modele językowe zamiast odpowiadać na pytanie "zgadują" jakiej odpowiedzi powinny użyć. Nie wiem jak wam, ale mi to bardzo przypomina odpytywanie przez nauczyciela w szkołach w latach dziewięćdziesiątych (nie wiem czy to nadal tak funkcjonuje), kiedy jeśli nie znałaś konkretnej odpowiedzi na pytanie, próbowałaś zgadnąć jakiej odpowiedzi oczekuje nauczyciel i używałaś siły wyobraźni. Czasami się to udawało, a czasami nie.

Jednak z  mojego punktu widzenia osoby, która zawodowo łączy perspektywę humanisty z twardą rzeczywistością korporacyjną, problem ten wygląda zupełnie inaczej.

Skoro sztuczna inteligencja nie ma dostępu do obiektywnego świata empirycznego, a operuje wyłącznie na dyskursie, to fałsz wygenerowany przez LLM nie jest błędem obliczeniowym, tylko błędem kompozycyjnym.

Dlatego więc tradycyjne, humanistyczne narzędzia krytyki literackiej – od dekonstrukcji po analizę ramy pojęciowej – okazują się najskuteczniejszym narzędziem do wyłapywania halucynacji, półprawd i erystyki w wykonaniu dużych modeli językowych.

Zrozumienie, czym w swojej istocie jest duży model językowy, wymaga odrzucenia techno-entuzjastycznego punktu widzenia. LLM to gigantyczny, wysoce zaawansowany generator tekstowy. Jego celem nie jest przekazanie prawdy obiektywnej, ale zbudowanie wypowiedzi, która spełnia kryterium prawdopodobieństwa.

Kiedy model halucynuje, zachowuje się jak niedoświadczony pisarz, który dba o zachowanie gatunku (np. stylizuje wypowiedź na twardy raport, artykuł naukowy czy felieton) i używa autorytatywnego tonu, profesjonalnego słownictwa i spójników logicznych, by stworzyć iluzję konsekwencji. Pod spodem jednak serwuje zmyślone fakty, błędne przypisy czy nielogiczne wnioski.

Jeśli podchodzisz do AI jak inżynier, szukasz w kodzie czegoś, czego tam nie ma. Jeśli podchodzisz do niej jak filolog, natychmiast dostrzegasz, że forma przerosła treść, a autorytatywna stylizacja służy jedynie maskowaniu pustki semantycznej.

Halucynacja LLM rzadko pojawia się w próżni jako chamskie, wyizolowane kłamstwo. Najczęściej jest wpleciona w ciąg zdań, które mają brzmieć gładko i wiarygodnie. Jednak ponieważ algorytm składa słowa na podstawie prawdopodobieństwa statystycznego, w miejscu fałszu tkanka językowa zaczyna pękać.

I tu do gry wkracza dekonstrukcja, która ujawnia przesunięcia pojęciowe, gdzie model potrafi użyć tego samego pojęcia w akapicie pierwszym i trzecim w subtelnie różnych, wykluczających się znaczeniach, aby spiąć niepasujące do siebie fakty; pokazuje ukryte założenia - żeby uciągnąć fałszywą tezę, AI dyskretnie przemyca nieudowodnioną przesłankę jako pewnik, a także wychwytuje sztuczne binarne opozycje, gdyż LLM uwielbia upraszczać rzeczywistość, budując fałszywe symetrie, byle tylko zamknąć wywód w eleganckiej klamrze.

Filolog nie pyta AI: „Czy to prawda?” – bo wie, że odpowiedź dostanie z tego samego, niewiarygodnego źródła. Filolog rozbiera tekst na czynniki pierwsze i pyta: „Na jakim ukrytym założeniu trzyma się ta konstrukcja i w którym miejscu tekst zaczyna przeczyć samemu sobie?”.

Najgroźniejszą formą halucynacji w środowisku korporacyjnym czy publicznym nie jest zmyślenie daty czy nazwiska. Jest nią wprowadzenie fałszywej ramy pojęciowej.

LLM absorbuje z internetu gotowe klisze, metafory i narzuty ideologiczne. Gdy prosisz go o analizę jakiegoś problemu, model bardzo często bezrefleksyjnie przyjmuje dominującą narrację – wykluczając z pola widzenia kluczowe zmienne.

Zastosowanie teorii ramy Georga Lakoffa pozwala błyskawicznie sprawdzić jakich metafor pojęciowych użył model (np. czy zjawisko biznesowe opisuje jak „mechanizm”, czy jak „chorobę”), co narzucona przez model rama uwypukla, a co celowo lub bezwiednie zamazuje, a także jakie pytania zostały uniemożliwione przez sam sposób sformułowania odpowiedzi

Problem z powszechnym zachwytem nad AI polega na tym, że większość użytkowników cierpi na tzw. lenistwo poznawcze. Jeśli odpowiedź wygenerowana przez model jest ładnie sformatowana, ma podpunkty, pogrubienia i brzmi mądrze – przyjmują ją bez mrugnięcia oka.

Dlatego powtarzam to do znudzenia: LLM sam z siebie nie jest syntezatorem prawdy. Jest kalkulatorem pojęciowym.

Samo wklejenie do okna czatu hasła „zdekonstruuj mi ten tekst” da jedynie wygładzone, podręcznikowe wypracowanie. Żeby wyciągnąć z niego twardą, krytyczną analizę i zabić jej skłonność do zmyślania, potrzebny jest rygor analityczny operatora.

Narzędzia krytycznoliterackie – semiotyka, poetyka, dekonstrukcja czy lingwistyka krytyczna – to nie są bezużyteczne zabytki akademickie. W erze sztucznej inteligencji stały się najbardziej precyzyjnym systemem antywirusowym. Rozbrajają fałsz tam, gdzie powstaje: w strukturze języka.

Ironia losu polega więc na tym, że moi rodzice mieli trochę racji – komputer faktycznie może stać się genialnym „złodziejem czasu”, jeśli używamy go bezrefleksyjnie. Ale dziś, ponad dwadzieścia lat po moim spóźnionym debiucie technologicznym, to nie brak sprzętu jest ograniczeniem, lecz brak krytycznego myślenia.

Okazuje się, że humanistyczne wykształcenie, z którego w korporacjach przez lata potrafiono się cicho podśmiewać, staje się moją największą przewagą konkurencyjną. Algorytmy mogą generować miliony słów na sekundę, ale to ja decyduję, czy dam się nabrać na ich ładną kompozycję. Dlatego zanim w sobotni poranek zasiądę do psychologicznych przygotowań do sprzątania, wolę z czystym sumieniem zrobić to, w czym filologia nie ma sobie równych: posprzątać w języku.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Na co komu ta księgowa?

Specjalnie posłużyłam się powyższym obrazkiem, gdyż  większości "korpoksięgowych" czy może raczej "ekauntantów" taki obrazek wydaje się widokiem z obcej planety. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ "księgowość" większości takich osób wydaje się wprowadzaniem danych do systemu. Oczywiście danych zaciąganych automatycznie z ekselowskich plików lub też podawanych w mejlach od "biznesu". Skąd te dane "biznes" bierze? To raczej mało istotne. Istotne jest aby były one przekazane do systemu w wymagany  procedurą, ustalony i zatwierdzony przez "menedżerów" sposób. Oczywiście odpowiednio sformatowany i odpowiednio opisany. Do czego ma to służyć, skąd się wzięło i w jaki sposób powinno to zostać zinterpretowane, to już takich "korpoksięgowych" nie obchodzi, bo też rzadko kiedy takie rzeczy wiedzą. Najważniejsza jest przecież szybkość i sprawnie opanowany excel. Kiedy takie "korpoludki" jadą na  "tranzyszy...

U źródeł wielkiej huty

Kiedy 24 czerwca  w 1257, roku Książę Opola i Raciborza, Władysław, nadawał Bożogrobcom na zagospodarowanie wieś Chorzów, pewnie nie podejrzewał jakie skarby kryją się pod jego stopami. Nie podejrzewał też pewnie, że skarby te za kilkaset lat spowodują nagły wzrost gospodarczy tej wioski, która w czasie jej nadawania była według źródeł historycznych zniszczona po najeździe tatarskim, a do zadań Bożogrobców należało między innymi jej odbudowanie. Ponieważ jedną z podstawowych reguł zakonu była pomoc chorym, we wsi założono szpital, który następnie przeniesiono do Bytomia. Jednakże chorzowscy proboszczowie nadal byli przeorami szpitala św. Ducha. Bożogrobcy działali we wsi Chorzów aż do 1817 roku, kiedy po kasacji klasztorów przez Fryderyka Wilhelma II, kościół w Chorzowie zostaje przejęty przez proboszcza świeckiego Józefa Bedera. Pamiętam jeszcze, że w szkole uczono mnie, że Chorzów, jako Królewska Huta, prawa miejskie zyskał w 1922 roku, czyli w momencie przyłączenia go ...

Sztuka obiecywania

  Moi drodzy. Zauważyłam, że większość osób aktywnych w komentarzach dotyczących polityki w Chorzowie, zainteresowała się nią dopiero koło 2023 roku. Tymczasem sytuacja, która ma miejsce dzisiaj, zaczęła się wiele lat temu. Jak wiecie bardzo lubię zajmować się  wiwisekcjami różnych narracji, w związku z czym, tym razem na warsztat biorę obietnice dotyczące wybudowania stadionu Ruchu Chorzów.  Cofnijmy się zatem w czasie do roku 2016, kiedy to gruchnęła wieść, że ówczesny prezes klubu, Dariusz Smagorowicz, zaciągał wysoko oprocentowane pożyczki na regulację bieżących zobowiązań. Pożyczki te doprowadziły do narastającej spirali długów, która z kolei spowodowała, że Pan Smagorowicz postawił Miastu Chorzów, wtedy jeszcze reprezentowanemu przez Andrzeja Kotalę ultimatum, że albo Miasto da klubowi 18 milionów złotych, albo klub upadnie. Po wielu burzliwych dyskusjach, Miasto zgodziło się na jej udzielenie. W tym samym czasie okazuje się jednak, że prezes Smagorowicz w dokumenta...