Przejdź do głównej zawartości

"Spokój w sercu”, czyli jak prywatyzujemy moralny heroizm na koszt społeczny




W polskiej debacie wokół praw reprodukcyjnych od lat pielęgnuje się sentymentalną, głęboko szkodliwą narrację: mit heroicznego rodzenia za wszelką cenę w imię „spokoju w sercu”.

Aparat pojęciowy znowu musi wykonać przymusowe sprzątanie.

Sekcje komentarzy pod postami o sprawach światopoglądowych pełne są urokliwych opowieści. „Znam małżeństwo, usłyszeli diagnozę ciężkiej choroby, odmówili aborcji, pożegnali dziecko, ale mają pokój w sercu i są pewni swojej decyzji” – piszą domorośli hagiografowie.

Zatrzymajmy się przy tej poetyce.

Nikt nie odmawia nikomu prawa do podejmowania prywatnych, nawet najbardziej heroicznych decyzji w granicach własnego sumienia. Jeśli dorosły człowiek decyduje się na przejście przez biologiczny i psychiczny dramat urodzenia dziecka z ciężką wadą genetyczną – ma do tego pełne prawo. Zaznaczmy to jeszcze raz. Zmuszanie osoby wbrew jej woli do aborcji, to przestępstwo i na zawsze tym przestępstwem zostanie.

Problem zaczyna się w momencie, gdy z tego indywidualnego dramatu robi się normę prawną narzucaną całemu społeczeństwu, a z pojęcia heroizmu usuwa się rachunek finansowy.

Czas nazwać rzecz po imieniu, bo pęka tu podstawowa logika proceduralna: heroizm na koszt społeczeństwa to żaden heroizm. 

To prywatyzacja moralnej satysfakcji przy jednoczesnym zewnętrznym finansowaniu jej skutków.

Przeanalizujmy dwa scenariusze, które widzimy w rzeczywistości:

  1. Wada letalna (vitium letale): płód obumiera w cierpieniach w macicy lub tuż po porodzie. Rodzina ma „pokój w sercu”, ale państwo zmusza tysiące innych kobiet do odgrywania roli trumnowych inkubatorów bez prawa do suwerennej oceny własnego ryzyka zdrowotnego.

  2. Ciężka wada genetyczna: Rodzice w imię przekonań religijnych lub moralnych odrzucają terminację. Urodzone dziecko wymaga wielomilionowych, inwazyjnych operacji za granicą. I co dzieje się w pierwszej minucie po wyjściu ze szpitala?

Zaczyna się bombardowanie znajomych i obcych ludzi prośbami o wpłaty na zbiórki charytatywne.

Pojawia się roszczeniowy komunikat: „My podjęliśmy odpowiedzialną i heroiczną decyzję o urodzeniu, a teraz wy – drodzy współobywatele – wyciągnijcie z kieszeni miliony złotych na prywatne operacje w USA, bo polski NFZ tego nie refunduje”.

Czy to jest odpowiedzialność? Nie. To jest moralne pasożytnictwo. Sugerowanie, że społeczeństwo ma obowiązek zrzucać się na pokrycie konsekwencji czyjegoś indywidualnego wyboru światopoglądowego, podczas gdy to samo państwo nie zapewnia systemowej opieki nad dziećmi z niepełnosprawnościami, to zwykła bezczelność.

Pro-life’owy romantyzm żywi się obrazkami cierpiących matek, które z uśmiechem i „pokojem w sercu” niosą swój krzyż. Nikt jednak nie mówi o tym, co dzieje się po drugiej stronie medalu. O kobietach umierających na sepsę na oddziałach ginekologicznych, bo lekarze sparaliżowani art. 152 KK i widmem prokuratora czekają, aż tętno płodu z wadą letalną samo ustanie. O systemowym braku wsparcia dla rodziców, którzy po przekroczeniu progu hospicjum czy domu opieki zostają z głodową rentą socjalną i całkowitym wykluczeniem zawodowym. O hipokryzji systemu, który najgłośniej krzyczy o „ochronie życia” do momentu odcięcia pępowiny, a potem rozkłada ręce i odsyła do fundacji charytatywnych.

Jeżeli państwo chce wymagać od obywateli heroizmu, niech najpierw zagwarantuje 100% finansowania dożywotniej opieki, leczenia i rehabilitacji dla każdego urodzonego dziecka z wadą rozwojową. Dopóki tego nie robi, narzucanie przymusu rodzenia jest zbrodniczym cynizmem.

Dekryminalizacja aborcji i całkowita wolność wyboru nie oznaczają zakazu rodzenia dzieci chorobowo obciążonych. Oznaczają po prostu, że decyzja o heroizmie pozostaje przy osobie, która poniesie jego koszty – zdrowotne, psychiczne i finansowe.

Jeśli masz w sercu pokój, by podjąć się takiego ciężaru na własne ryzyko – szacunek. Ale nie każ za swój „pokój w sercu” płacić życiem pacjentkom na OIOM-ie ani portfelami obcym ludziom z internetu.

Merytoryka broni się sama.


 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Na co komu ta księgowa?

Specjalnie posłużyłam się powyższym obrazkiem, gdyż  większości "korpoksięgowych" czy może raczej "ekauntantów" taki obrazek wydaje się widokiem z obcej planety. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ "księgowość" większości takich osób wydaje się wprowadzaniem danych do systemu. Oczywiście danych zaciąganych automatycznie z ekselowskich plików lub też podawanych w mejlach od "biznesu". Skąd te dane "biznes" bierze? To raczej mało istotne. Istotne jest aby były one przekazane do systemu w wymagany  procedurą, ustalony i zatwierdzony przez "menedżerów" sposób. Oczywiście odpowiednio sformatowany i odpowiednio opisany. Do czego ma to służyć, skąd się wzięło i w jaki sposób powinno to zostać zinterpretowane, to już takich "korpoksięgowych" nie obchodzi, bo też rzadko kiedy takie rzeczy wiedzą. Najważniejsza jest przecież szybkość i sprawnie opanowany excel. Kiedy takie "korpoludki" jadą na  "tranzyszy...

U źródeł wielkiej huty

Kiedy 24 czerwca  w 1257, roku Książę Opola i Raciborza, Władysław, nadawał Bożogrobcom na zagospodarowanie wieś Chorzów, pewnie nie podejrzewał jakie skarby kryją się pod jego stopami. Nie podejrzewał też pewnie, że skarby te za kilkaset lat spowodują nagły wzrost gospodarczy tej wioski, która w czasie jej nadawania była według źródeł historycznych zniszczona po najeździe tatarskim, a do zadań Bożogrobców należało między innymi jej odbudowanie. Ponieważ jedną z podstawowych reguł zakonu była pomoc chorym, we wsi założono szpital, który następnie przeniesiono do Bytomia. Jednakże chorzowscy proboszczowie nadal byli przeorami szpitala św. Ducha. Bożogrobcy działali we wsi Chorzów aż do 1817 roku, kiedy po kasacji klasztorów przez Fryderyka Wilhelma II, kościół w Chorzowie zostaje przejęty przez proboszcza świeckiego Józefa Bedera. Pamiętam jeszcze, że w szkole uczono mnie, że Chorzów, jako Królewska Huta, prawa miejskie zyskał w 1922 roku, czyli w momencie przyłączenia go ...

Sztuka obiecywania

  Moi drodzy. Zauważyłam, że większość osób aktywnych w komentarzach dotyczących polityki w Chorzowie, zainteresowała się nią dopiero koło 2023 roku. Tymczasem sytuacja, która ma miejsce dzisiaj, zaczęła się wiele lat temu. Jak wiecie bardzo lubię zajmować się  wiwisekcjami różnych narracji, w związku z czym, tym razem na warsztat biorę obietnice dotyczące wybudowania stadionu Ruchu Chorzów.  Cofnijmy się zatem w czasie do roku 2016, kiedy to gruchnęła wieść, że ówczesny prezes klubu, Dariusz Smagorowicz, zaciągał wysoko oprocentowane pożyczki na regulację bieżących zobowiązań. Pożyczki te doprowadziły do narastającej spirali długów, która z kolei spowodowała, że Pan Smagorowicz postawił Miastu Chorzów, wtedy jeszcze reprezentowanemu przez Andrzeja Kotalę ultimatum, że albo Miasto da klubowi 18 milionów złotych, albo klub upadnie. Po wielu burzliwych dyskusjach, Miasto zgodziło się na jej udzielenie. W tym samym czasie okazuje się jednak, że prezes Smagorowicz w dokumenta...