Anatomia dotkniętego ego. O różnicy między satyrą a „chamstwem” (oraz dlaczego prymusi nie potrafią przegrywać)
Kiedy publikujesz w sieci prześmiewczy tekst, musisz liczyć się z tym, że prędzej czy później w sekcji komentarzy pojawi się Obywatelski Sędzia Etyki i Stylu. Zazwyczaj wyłania się z mroków internetu z podniesioną przyłbicą i obwieszcza światu absolutny wyrok: „To nie jest sarkazm. To jest po prostu obraźliwe i chamskie”.
Ostatnia dyskusja wokół mitu pewnego znanego, elitarnego liceum z Chorzowa dostarczyła mi materiału badawczego na przynajmniej kilka rozdziałów podręcznika z psychologii społecznej. Obserwowanie, jak dorośli, wykształceni ludzie wpadają w pożar ego z powodu satyrycznego posta, skłoniło mnie do uporządkowania podstawowych pojęć. Bo wygląda na to, że w naszym pięknym kraju granica między celną satyrą a „chamstwem” przebiega dokładnie tam, gdzie kończy się czyjś dystans do samego siebie.
Rozprawmy się najpierw z popularnym pomieszaniem pojęć, bo to ulubiona ucieczka każdego, kogo ugryzł tekst:
Satyra i sarkazm: To narzędzia diagnostyczne. Satyra nie atakuje człowieka dla samej uciechy z zadawania bólu – atakuje zjawisko, mit, postawę, hipokryzję lub środowiskowy snobizm. Przerysyowuje rzeczywistość, używa hiperboli i ironii, żeby pokazać absurd pewnych zachowań. Satyra mówi: „Zobacz, jak śmiesznie i napuszenie wygląda ten rytuał”.
Chamstwo (atak ad hominem): To sprowadzanie dyskusji do rynsztoku. Chamstwem jest mieszanie rozmówcy z błotem, obrażanie jego pochodzenia, wykształcenia czy wyglądu bez żadnego związku z tematem.
I teraz najciekawsze: kiedy w poście wyśmiewasz mit szkolnej elitarności, tworzysz klasyczną satyrę na zjawisko społeczne. Ale kiedy w odpowiedzi oburzony absolwent pisze Ci, że jesteś „zakompleksioną absolwentką zawodówki”, grozi Ci swoimi „kolegami specami od IT” i sugeruje, że „plujesz jadem, bo żal Cię ściska, że nie stoisz w pierwszym rzędzie” – to z czym mamy do czynienia?
Dokładnie. To drugie to nie jest sarkazm. To jest czyste, bezradne chamstwo ubrane w szaty obrony honoru.
Dlaczego akurat ten wpis wywołał tak potężne tąpnięcie tektoniczne? Przeanalizujmy anatomię tej reakcji.
Kiedy piszesz o szkole, która przez dekady budowała wokół siebie otoczkę „kuźni elit”, nie atakujesz budynku z cegły. Atakujesz założycielski akt tożsamości wielu jej absolwentów. Dla części z nich to nie było po prostu liceum – to była przepustka do wyższego stanu i dowód na bycie kimś lepszym od „całej reszty”.
Kiedy w ten mityczny pomnik uderza luźny, prześmiewczy felieton, w głowach wychowanków uruchamia się natychmiastowy protokół alarmowy. Z komentarzy wyłonił się podręcznikowy zestaw mechanizmów obronnych:
A. Licytacja na atrybuty statusu
Gdy zabrakło dystansu, wyciągnięto najcięższe działa. Nie pojawiła się błyskotliwa, dowcipna riposta. Zamiast tego dostaliśmy pełen przegląd dorobku życiowego: płacone podatki (koniecznie dwa razy wyższe niż reszta!), dyplomy ASP, deklaracje, że „wszyscy z klasy poszli na państwowe uczelnie”, spisy godzin pracy pro bono oraz jachty, narty i brydż. Zamiast obalić mit o elitarnym zadzieraniu nosa, sekcja komentarzy postanowiła zrobić tego zadzierania pokazową paradę na żywo.
B. Paranoja technologiczna i szukanie haka
Kiedy odpisujesz zbyt celnie, szybko i składnie, w głowach obrońców twierdzy nie mieści się, że po drugiej stronie siedzi człowiek o sprawnym piórze. Wynik? „To pisało AI, ja znam ten styl na wylot, mnie nie oszukasz!”. A kiedy i to nie działa – szukamy jakiegokolwiek potknięcia formalnego, choćby chodziło o prawa autorskie do zdjęcia czy przechodnia w zielonej kurtce na drugim planie. Byle tylko odciągnąć uwagę od faktu, że tekst trafił w dziesiątkę.
C. Protekcjonalność i „Wiedza z Góry”
Sformułowania w stylu „kochanie, ja wiem”, „za mało znasz środowisko od środka” czy diagnozowanie „chorych kompleksów” miały ustawić komentujących w roli dojrzałych, wykształconych arbitrów. Przekaz podprogowy był jasny: o naszej wspaniałości mogą wypowiadać się tylko ci, których sami do tego grona wpuścimy.
Najzabawniejsza w tym wszystkim jest jedna rzecz. Wśród tego całego szumu odezwały się też głosy rozsądnych rodziców i przytomnych czytelników. Takich, którzy wysyłają swoje dzieci do dobrych szkół, cieszą się z ich sukcesów edukacyjnych, ale jednocześnie głośno mówią: „Pilnuję po prostu, żeby myślenie o własnej wyjątkowości nie uderzyło dziecku do głowy”.
I to jest sedno sprawy. Można skończyć świetną szkołę, iść na wymarzone studia i osiągnąć sukces. Ale jeśli pierwsza z brzegu internetowa satyra sprawia, że zaczynasz grozić autorce hakerami, wyliczać swój PIT i obrażać ludzi po szkołach zawodowych – to znaczy, że ta słynna szkoła wykształciła w Tobie świetnego prymusa, ale zapomniała wykształcić dojrzałego człowieka.
Dziękuję wszystkim komentującym za tak cierpliwe i skrupulatne udowodnienie każdej tezy z mojego posta. Byliście wspaniałym materiałem badawczym! 😉
A oto link do tego już legendarnego posta. Poczytajcie sobie komentarze z uwagą ;)
https://www.facebook.com/groups/kochamchorzow/permalink/28532505456368784/
https://www.facebook.com/groups/793574410057198/permalink/1078260351588601/
Na koniec pojawił się głos absolwenta ŚLTZN, który postanowił udzielić mi korepetycji z etykiety.
Dowiedziałam się, że tekst byłby „do zaakceptowania”, gdyby napisał go ktoś z wewnątrz i odczytał na zamkniętym zebraniu absolwentów.
To przepiękny przykład terytorializmu intelektualnego. Według tej logiki, krytyk kulinarny może oceniać danie tylko wtedy, gdy sam jest szefem kuchni w tej konkretnej restauracji, a satyra polityczna ma prawo powstawać wyłącznie na posiedzeniach rządu.
Ograniczanie prawa do żartu i obserwacji tylko do „swoich” to nie jest żaden takt czy wyczucie sytuacji – to po prostu strach przed zewnętrznym zwierciadłem. I fakt, że pod tekstem o Słowaku z pożółkłą kartką pouczenia przychodzi absolwent ŚLTZN, wybitnie pokazuje, że „szkolne plemienno-klanowe ego” to w regionie zjawisko znacznie szersze niż jedna placówka.

Komentarze
Prześlij komentarz