Kiedy George Lakoff pisał w „Nie myśl o słoniu!” o mechanizmach lingwistycznych stosowanych przez amerykańską prawicę, stworzył wyczerpujący podręcznik tego, jak za pomocą opowieści i odpowiednio dobranych słów zmienić architekturę społeczną państwa.
Jednym z najważniejszych przykładów, jakie badał Lakoff, jest sposób, w jaki administracja George’a W. Busha zredefiniowała pojęcie wolności, aby osłabić pojęcie system ubezpieczeń społecznych i uzasadnić drenaż jego rezerw na rzecz wydatków wojennych.
Obserwując współczesny polski dyskurs wokół składki zdrowotnej oraz Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, trudno nie zauważyć, że wolnorynkowi politycy i komentatorzy korzystają z dokładnie tego samego skryptu.
Po 11 września 2001 roku administracja Busha podjęła dwie decyzje o ogromnych konsekwencjach budżetowych: wprowadziła gigantyczne obniżki podatków (głównie dla najbogatszych) oraz rozpoczęła kosztowną „Wojnę z Terroryzmem”. Rząd zaczął łatać powstałą dziurę budżetową, drenując nadwyżki z funduszu rezerwowego ubezpieczeń społecznych.
Jak technicznie wyglądał ten drenaż? W wymiarze instytucjonalnym amerykańskie prawo nakazuje inwestowanie nadwyżek z podatków pracowniczych w specjalne obligacje skarbowe (Special Issue Treasury Bonds). Gotówka trafiała do budżetu centralnego i finansowała bieżące wydatki — w tym operacje wojskowe w Iraku czy Afganistanie. Choć technicznie był to standardowy mechanizm wykupu państwowego długu, w ujęciu makroekonomicznym nadwyżka emerytalna zwykłych obywateli realnie żyrowała koszty wojen i cięć podatkowych. Kiedy wyż zaczął przechodzić na emeryturę i zażądał zwrotu środków, ogłoszono... że państwowy system bankrutuje.
Żeby opinia publiczna nie dostrzegła tego mechanizmu, wykreowano sztuczną narrację o nieuchronnym upadku państwowej opieki.
Jako remedium zaproponowano prywatyzację. Lakoff pokazuje, jak kluczowy był tu język:
Słowo „prywatyzacja” zamieniono na „konta osobiste”.
Całość wpisano w projekt „Społeczeństwa Właścicieli”.
Wolność zredefiniowano z prawa do bezpieczeństwa socjalnego i ochrony przed losem na wolność do decydowania o własnych pieniądzach na giełdzie. Usunięto z języka fakt, że ubezpieczenie to „wypracowane świadczenie”, a wprowadzono słowo „roszczenie/przywilej”. W ten sposób państwowy system opieki stał się w oczach obywateli „ciężarem”, a całkowite przerzucenie ryzyka na jednostkę — „odzyskaniem wolności”.
W polskiej debacie publicznej od lat obserwujemy identyczny mechanizm przesuwania ram pojęciowych wokół ZUS-u i składki zdrowotnej. Różnica polega na tym, że u nas narracja skupia się na robieniu ze składek 'nieuzasadnionego obciążenia dla biznesu'. Wolnorynkowy dyskurs próbuje wymazać fakt, że koszty ubezpieczenia społecznego to po prostu przyrodzona część kosztu pracy. Jeśli przedsiębiorcy nie stać na godne wynagrodzenie pracownika wraz z jego pełnymi składkami na ubezpieczenia, to znaczy, że po prostu nie stać go na ten etat — i z obowiązkami musi uporać się sam.
Gdy wolnorynkowi politycy mówią o składce zdrowotnej, niemal nigdy nie używają słowa „inwestycja we wspólny system ochrony zdrowia” ani „solidarnościowe ubezpieczenie”. Zamiast tego dominuje język:
„Dodatkowy podatek” lub „kara za przedsiębiorczość”.
Przekształcanie składki w pojęciu społecznym w „kolejny podatek”, który rzekomo służy jedynie utrzymywaniu biurokracji.
Gdy uderza się w składkę, automatycznie osłabia się budżet publicznej ochrony zdrowia. Kiedy ten zaczyna być niewydolny, pojawia się gotowa diagnoza: „Państwowy system bankrutuje, czas na prywatne pakiety”. Dokładnie tak, jak w przypadku Busha, najpierw tworzy się presję finansową i narzuca ramę „niewydolności”, by potem zaoferować rynkowe rozwiązanie jako jedyny akt łaski.
Polscy liberałowie gospodarczy używają definicji wolności opartej na modelu Srogiego Ojca: wolność to wyłącznie brak ingerencji państwa w Twój portfel.
Narracja: „Dlaczego mam płacić na system, z którego nie korzystam? Dajcie mi moje pieniądze, sam kupię sobie prywatny abonament”.
Rama Lakoffa: W tym ujęciu wolność sprowadza się do posiadania gotówki. Wymazuje się natomiast wolność progresywną — czyli wolność od strachu, że nagła, skomplikowana choroba (której nie pokryje żaden podstawowy prywatny abonament) doprowadzi rodzinę do ruiny finansowej.
Sformułowanie „ZUS to piramida finansowa” weszło do potocznego języka dzięki wieloletniemu powtarzaniu go przez polityków wolnorynkowych. Zgodnie z zasadami Lakoffa, słowo „piramida” aktywuje ramę oszustwa, przestępstwa i nieuchronnej katastrofy. Używanie go sprawia, że umowa pokoleniowa — jeden z najważniejszych cywilizacyjnych wynalazków — przestaje być postrzegana jako fundament stabilności społecznej, a staje się w oczach młodych ludzi „przymusowym wyłudzeniem”.
Słowa tworzą ramy, a ramy wyznaczają granice tego, co uznajemy za sprawiedliwe i rozsądne. Czyli granice mojego języka są granicami mojego świata jak mówił Ludwig Wittgenstein.
Administracja Busha wykorzystała ramę „społeczeństwa właścicieli”, by odciągnąć uwagę od faktu, że środki z ubezpieczeń pracowniczych finansowały wojnę i ulgi dla najbogatszych. Współczesny polski dyskurs wolnorynkowy próbuje przekonać obywateli, że demontaż solidarnościowego systemu zdrowotnego i emerytalnego to „powrót do wolności”.
Jeśli jako społeczeństwo przyjmiemy ten język i zaczniemy myśleć o składkach wyłącznie jak o „haraczu”, zrobimy dokładnie to, co przewidział Lakoff: wejdziemy w ramę przeciwnika. A w tej ramie ochrona zdrowia i bezpieczna starość nie są już prawami człowieka — stają się po prostu towarami, na które trzeba sobie samemu zapracować.
Mam doskonałą świadomość, że dla części czytelników ten wywód z kognitywistyki i ramowania pojęciowego zabrzmi jak podręcznikowy „AI slop”, bezużyteczna teoria akademicka i paplanina o niczym.
Warto jednak pamiętać, jak potężne konsekwencje ma ta – rzekomo abstrakcyjna – zmiana słów. Dokładnie ta sama „paplanina” o ramowaniu pojęciowym, „szerzeniu wolności” i „obronie cywilizacji” zredefiniowała myślenie milionów Amerykanów. To nie twarde dane ekonomiczne czy chłodna analiza geostrategiczna, ale precyzyjnie skonstruowana opowieść sprawiła, że społeczeństwo przez lata popierało wycieńczające i kosztowne wojny w Iraku oraz Afganistanie, godząc się na milionowe wydatki i drenaż własnego systemu ubezpieczeń.
Język nigdy nie jest neutralny. Słowa, którymi opisujemy świat, ostatecznie decydują o tym, na co się godzimy, a co uważamy zа bezalternatywne. Zanim więc po raz kolejny powtórzymy bez refleksji chwytliwe hasło o „karze za przedsiębiorczość” czy „ZUS-ie jako piramidzie”, warto zadać sobie jedno pytanie: kto napisał ten skrypt i jaką ramę próbuje nam właśnie narzucić?
Komentarze
Prześlij komentarz