Przejdź do głównej zawartości

Posty

Dyskretny urok apecji

Jakiś czas temu obejrzałam Le Mans 66 w reżyserii Jamesa Mangolda i najbardziej wkurzyła mnie postać Leo Beebe, czyli marketingowca Forda. Wkurzyła mnie tym bardziej, że chociaż znam hollywoodzkie standardy i wiem, że zawsze musi znaleźć się jakiś czarny charakter, najczęściej w roli pyszałkowatego i ograniczonego ignoranta, którego jedynym sensem istnienia jest uprzykrzanie życia głównym bohaterom, to jednak z takimi "postaciami" spotykam się na codzień. Więc tym razem będzie o tym, jak to tacy pyszałkowaci, ograniczeni ignoranci utrudniają życie całemu szerd serwises delywery senter. Na tapet bierzemy koszty. Otóż co to są koszty? Najprościej chyba wytłumaczyć to na przykładzie konta bankowego. Jeśli pieniądze "schodzą" z konta to znaczy, że to są koszty, a jeśli kasa "wpływa" na konto, to znaczy, że to są przychody. Prawda, że to nic trudnego? A teraz proszę sobie zapamiętać poniższe zdanie raz na zawsze: Koszty nie mają nic wspólnego z kasą...

PI-EN-EL PijeNeL

PijeNeL, czyli rachunek zysków i strat. Profit and loss statement.  Gewinn und Verlustrechnung (GuV). Wszyscy, którzy mnie dobrze znają, doskonale zdają sobie sprawę z tego, że jestem niemcofilem. Przy czym ta moja niemcofilia najbardziej filią jest dla samego języka niemieckiego. Po pierwsze bardzo lubię jego brzmienie, po drugie, uważam, że jest dużo bardziej szczegółowy i zniuansowany, jeśli zestawi się go z takim językiem polskim. Bo język angielski, szczególnie w jego finansowo-księgowej odmianie, zwyczajnie przy nim wymięka. Najbardziej jednak podoba mi się to, że język niemiecki jest dużo "grzeczniejszy" i "uprzejmiejszy" niż język polski. Jeśli po polsku powiem czy napiszę "Czy mógłby Pan/Pani", "Czy zechciał(a)by Pan/Pani", brzmi to sztucznie, a nawet sarkastycznie rzekłabym, gdyż na co dzień nie używamy takich zwrotów. Tymczasem niemieckie "Könnten Sie bitte" albo nawet angielskie "Could you please", brzmi, d...

Dieta dobrze zbilansowana

Tym razem zacznę agresywnie od pewnej autentycznej historyjki, która przydarzyła mi się osobiście w zeszłym roku, a która pozostawiła po sobie okropny posmak goryczy, który to smak uwielbiała (i pewnie nadal uwielbia) główna bohaterka tejże anegdotki. (Jest naukowo udowodnionym, że osoby, które lubią gorzki smak, mają skłonności psychopatyczne -  więc jeśli takie skłonności objawiają się okazywaniem pogardy w sposób obnażający przy okazji własną ignorancję i niedouczenie, to myślę, że główna bohaterka jest tego najlepszym przykładem). No więc w zeszłym roku zmieniłam pracę. Wiedziałam, że to korpora, ale przecież skoro raz, dwa, trzy trafiło się w takim miejscu na pewnych siebie nieuków, to nie można tego rozciągać od razu na całą grupę zawodową. No cóż... Mój pierwszy dzień w pracy. Przełożony przedstawia mnie zespołowi i prosi jedną z nowych "koleżanek" (nota bene jakąś "seniorkę reportingową", więc wydawałoby się osobę kompetentną), aby pokazał...

Na co komu ta księgowa?

Specjalnie posłużyłam się powyższym obrazkiem, gdyż  większości "korpoksięgowych" czy może raczej "ekauntantów" taki obrazek wydaje się widokiem z obcej planety. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ "księgowość" większości takich osób wydaje się wprowadzaniem danych do systemu. Oczywiście danych zaciąganych automatycznie z ekselowskich plików lub też podawanych w mejlach od "biznesu". Skąd te dane "biznes" bierze? To raczej mało istotne. Istotne jest aby były one przekazane do systemu w wymagany  procedurą, ustalony i zatwierdzony przez "menedżerów" sposób. Oczywiście odpowiednio sformatowany i odpowiednio opisany. Do czego ma to służyć, skąd się wzięło i w jaki sposób powinno to zostać zinterpretowane, to już takich "korpoksięgowych" nie obchodzi, bo też rzadko kiedy takie rzeczy wiedzą. Najważniejsza jest przecież szybkość i sprawnie opanowany excel. Kiedy takie "korpoludki" jadą na  "tranzyszy...

Od czego to wszystko się zaczęło

A zatem realizuję postanowienie noworoczne i zaczynam serię tekstów o zasadach rachunkowości z mojego punktu widzenia i słowem wstępu zacznę może od tego  (jak to ładnie ktoś ostatnio określił) jak zaczęła się moja "przygoda" z rachunkowością. Otóż w czasach z ery dinozaurów, do której w zeszłym roku wróciliśmy, istniało coś takiego jak ośmioletnia podstawówka, po której następowała cztero- lub pięcioletnia szkoła średnia, kończąca się maturą. Jak przystało na bardzo dobrą uczennicę,  po podstawówce wszyscy gorąco namawiali mnie na kontynuowanie nauki w jednym z "elytarnych" liceów w Chorzowie, wśród których znajdowały się wtedy "Słowak" i "Batory". I trochę rozważałam tę opcję, ale z racji tego, że jestem, a może raczej wtedy byłam, bardzo skromnym, zahukanym i niewierzącym w siebie człowiekiem, trochę się obawiałam czy do tych "elytarnych" liceów, a potem na studia, się dostanę. Tak się złożyło, że moja koleżanka dwa lata wc...

O języku śląskim słów kilka

I znowu nie bardzo wiem od czego zacząć, gdyż temat zawarty w tytule jest dla mnie i bardzo osobisty i prywatny i bardzo emocjonalny. Nie da się ukryć, że nawet w mojej rodzinie Ślązaków, a nawet Chorzowian z dziada pradziada, w której żyłach płynie krew Pierwszych Ludzi (z Chorzowa) istnieje wiele sprzecznych głosów w tej sprawie. Czym tak na dobrą sprawę jest ten język, którym posługują się ludzie mieszkający na terenie górnośląskiej części Metropolii Górnośląsko-Zagłębiowskiej? Już w jednym z postów pisałam, że nawet mnie samej, jako magistrowi (który przeciwko magistrzyni na przykład nie miałby nic przeciwko) filologii polskiej ciężko jest jednoznacznie wypowiedzieć się po jednej ze stron konfliktu. No bo nie da się ukryć, że sposób w jaki wypowiadają się (niestety w przeważającej części) starsi mieszkańcy tego regionu, znacznie odbiega od polskiego języka literackiego. I wydaje mi się, że każdy Polak szczycący się posiadaniem wykształcenia średniego, obojętnie czy z matur...

Grzeczne dziewczynki nigdy nie istniały

Tak się cały czas zastanawiam czy powyższy obrazek jest dobrą ilustracją wiwisekcji, którą tym razem zamierzam przeprowadzić. W sumie chciałam  napisać trochę o serialu Kari Skogland i Stephena Frearsa, ale co mi z tego wyjdzie, okaże się, jak zwykle, na końcu. Zacznijmy może od słów Marka Edelmana, ostatniego przywódcy powstania w getcie warszawskim, który powiedział: Musimy uczyć w szkołach, w przedszkolach, na uniwersytetach, że zło jest złem, że nienawiść jest złem i że miłość jest obowiązkiem. Musimy walczyć ze złem tak, żeby ten, który czyni zło, zrozumiał, że nie będzie dla niego litości (Marek Edelman,  I była miłość w getcie , Świat Książki, Warszawa 2009, s. 26.) W ogóle się z tym nie zgadzam. Definicje dobra i zła są w dzisiejszych czasach tak rozmyte, a pojęcia, które wyrażają, są tak wyświechtane, że samo stwierdzenie, że ktoś jest dobry albo zły, nie mówi nic o tym człowieku. Niech będzie, że jestem lewakiem, który relatywizuje podstawowe pojęcia etycz...