Tym razem zacznę agresywnie od pewnej autentycznej historyjki, która przydarzyła mi się osobiście w zeszłym roku, a która pozostawiła po sobie okropny posmak goryczy, który to smak uwielbiała (i pewnie nadal uwielbia) główna bohaterka tejże anegdotki. (Jest naukowo udowodnionym, że osoby, które lubią gorzki smak, mają skłonności psychopatyczne - więc jeśli takie skłonności objawiają się okazywaniem pogardy w sposób obnażający przy okazji własną ignorancję i niedouczenie, to myślę, że główna bohaterka jest tego najlepszym przykładem).
No więc w zeszłym roku zmieniłam pracę. Wiedziałam, że to korpora, ale przecież skoro raz, dwa, trzy trafiło się w takim miejscu na pewnych siebie nieuków, to nie można tego rozciągać od razu na całą grupę zawodową. No cóż...
Mój pierwszy dzień w pracy. Przełożony przedstawia mnie zespołowi i prosi jedną z nowych "koleżanek" (nota bene jakąś "seniorkę reportingową", więc wydawałoby się osobę kompetentną), aby pokazała mi system, na którym w tej firmie się pracuje.
"Koleżanka" pokazuje mi zatem system, podając mnóstwo szczegółów, które (znając siebie i wiedząc mniej więcej czym mam się zajmować), wiem, że do niczego mi się nie przydadzą.
Tak się składa, że żeby czegokolwiek się nauczyć, zawsze musiałam poznać to clou, tę istotę rzeczy, od której pochodziły wszystkie zasady. I zwyczajnie do tej pory trafia mnie szlag, kiedy widzę, że ktoś zamiast skupiać się na istocie sprawy, koncentruje się na szczegółach, w których się gubi. I tak właśnie było w przypadku tej "koleżanki"... ale wiecie jak to jest...
Jestem pierwszy dzień w pracy, widzę ludzi pierwszy raz na oczy, więc nie będę się wymądrzać, wynosić ani też unosić. Jednak kiedy "koleżanka" zaczęła mi tłumaczyć kolejny szczególik bez informacji z czego ten szczególik wynika, nie wytrzymałam i powiedziałam, że znacznie prościej byłoby mi zrozumieć ten program, gdyby mi pokazała jak tu się generuje bilans, rachunek zysków i strat, gdzie znajdę wzorcowy plan kont i jak te konta są podpięte do bilansu i rachunku zysków i strat. "Koleżanka" otworzyła szeroko oczy ze zdumienia (bo przecież jak to może być, że ktoś sobie przychodzi pierwszego dnia do pracy i od razu wie co to jest bilans no nie?) i zapytała "A po co Ci to?" I w tym momencie to ja otworzyłam oczy szeroko ze zdumienia i kompletnie zaskoczona tym niewątpliwie (zawsze powtarzam, że nie ma głupich pytań, tylko takie, na które nie ma odpowiedzi... no chyba że bierzemy pod uwagę cel, w którym to pytanie jest stawiane) niemądrym pytaniem, mówię z wyrazem twarzy wyrażającym zdumienie zmieszane z zażenowaniem (które pewnie autorka pytania odczytała jako podziw dla swej przenikliwości) "No bo ja przecież muszę wiedzieć co się z czego bierze". Na co "koleżanka" zaśmiała się z pewną dozą lekceważenia i drwiny i odpowiedziała (z tą samą mieszanką drwiny z lekceważeniem) "To fajnie, że tak lubisz wiedzieć co się skąd bierze. Tutaj nikt się tym nie interesuje". I bynajmniej nie był to żart.
Nie wiem co miała oznaczać ta odpowiedź. Czy chodziło o typowe "zamknięcie mi ust", bardzo często praktykowane przez studentów czy też kursantów, mocno uproszczonego i okrojonego, nastawionego na bezmózgich współpracowników, zarządzania, czy może "koleżanka" celowo sama chciała się przedstawić jako ten bezmózgi student czy też kursant zarządzania. W każdym razie jeszcze w tym samym dniu zaczęłam szukać nowej pracy. I ją znalazłam.
Więc może od początku. Co to jest ten bilans i czym się różni od bilansu energetycznego (dietetycznego).
Bilans energetyczny organizmów żywych wiąże się z energią dostarczoną wraz z pożywieniem oraz zużywaną w trakcie procesów życiowych. I tutaj wyróżniamy bilans dodatni, kiedy więcej energii dostarczamy organizmowi, niż jej zużywamy (wtedy tyjemy), bilans ujemny, kiedy więcej energii zużywamy niż dostarczamy wraz z pożywieniem (wtedy chudniemy) oraz zrównoważony , kiedy zużywamy tyle samo energii co dostarczamy (wtedy utrzymujemy stałą wagę).
A teraz proszę sobie zapamiętać poniższe zdanie raz na zawsze:
Bilans finansowy nie ma nic wspólnego z bilansem energetycznym
Bilans to zestawienie pasywów i aktywów jednostki sporządzane na początek i koniec okresu sprawozdawczego. Koniec. Kropka.
Cała rachunkowość opiera się na metodzie bilansowej, polegającej na rozpatrywaniu zasobów każdego podmiotu z rzeczowego punktu widzenia (reprezentowanym przez aktywa) i finansowego punktu widzenia (reprezentowanym przez pasywa).
Nie ma czegoś takiego jak bilans finansowy dodatni, ujemny czy zrównoważony
A uwierzcie mi, że wielokrotnie się z takim stwierdzeniem spotkałam.
Prawdziwy bilans prezentuje się tak:
Czyli aktywa to zasoby majątkowe o określonej wartości, a pasywa to źródła tego majątku. Jak to wytłumaczyć prościej?
Powiedzmy, że w tej chwili jesteście szczęśliwymi posiadaczami własnego mieszkania, które kupiliście za jakieś 300 000,00 zł. Pieniądze na zakup tego mieszkania uzyskaliście w całości z kredytu.
Aktywa trwałe, w przeciwieństwie do aktywów obrotowych, mają przewidywany okres użytkowania dłuższy niż jeden rok, więc mieszkanie to będzie majątek trwały.
Kapitał własny wnoszony jest przez właściciela majątku. Kapitał obcy oddany jest właścicielowi majątku na czas określony, po którym to terminie musi zostać zwrócony. Więc w tym przypadku kredyt na 300 000,00 zł udzielony nam przez bank jest kapitałem obcym. A zatem nasz (bardzo uproszczony) bilans będzie się prezentował następująco:
Aktywa - czyli nasze mieszkanie o wartości 300 000,00 zł równają się pasywom - czyli naszemu kredytowi o wartości 300 000,00 zł.
Zasada bilansowa mówi nam zatem, że suma aktywów, jest zawsze równa sumie pasywów, ponieważ każde aktywo, które określa nasz majątek, musi mieć swoje źródło finansowania, czyli pasywo.
Krótko mówiąc: aktywa to to, co posiadamy, a pasywa określają, w jaki sposób to uzyskaliśmy (podpowiem, że kradzież też się da przedstawić w bilansie i to w całkiem prosty sposób 😛 - ale jaki, to już może następnym razem, kiedy będziemy już wiedzieć jak w ogóle powstaje sprawozdanie finansowe i - przede wszystkim - jak należy je czytać).
Tak więc poniekąd trochę się nie dziwię, "koleżance", że nie chciała mi pokazać gdzie się generuje bilans spółki. Nie mogłaby wtedy zwracać mi uwagi na jakieś błędy, bo jeśli mam dostęp do bilansu, rachunku zysków i strat i planu kont, to zanim "koleżanka" by mnie na tych błędach przyłapała, sama mogłabym je znaleźć i poprawić. A przecież wśród kursantów "twardego zarządzania" jest to bardzo niepożądane. Przecież taki podwładny mógłby się zorientować, że skoro sam wyłapuje swoje błędy i szybko je poprawia, to taki przełożony nie jest mu do niczego potrzebny. I co by się wtedy stało z tymi wszystkimi osobami o "zdolnościach przywódczych"? Okazałoby się, że są niepotrzebni... 😁
Wracając do naszego bilansu energetycznego muszę jednak stwierdzić, że ma on sporo wspólnego z rachunkiem zysków i strat, do którego to rachunku przejdę już następnym razem (oczywiście w bardzo uproszczony sposób).
Tymczasem trzymajcie się ciepło i z daleka od niedouczonych magistrów zarządzania tudzież wszelkich innych jednostek o "wybitnych zdolnościach przywódczych"...

Komentarze
Prześlij komentarz