Przejdź do głównej zawartości

Posty

Dieta dobrze zbilansowana

Tym razem zacznę agresywnie od pewnej autentycznej historyjki, która przydarzyła mi się osobiście w zeszłym roku, a która pozostawiła po sobie okropny posmak goryczy, który to smak uwielbiała (i pewnie nadal uwielbia) główna bohaterka tejże anegdotki. (Jest naukowo udowodnionym, że osoby, które lubią gorzki smak, mają skłonności psychopatyczne -  więc jeśli takie skłonności objawiają się okazywaniem pogardy w sposób obnażający przy okazji własną ignorancję i niedouczenie, to myślę, że główna bohaterka jest tego najlepszym przykładem). No więc w zeszłym roku zmieniłam pracę. Wiedziałam, że to korpora, ale przecież skoro raz, dwa, trzy trafiło się w takim miejscu na pewnych siebie nieuków, to nie można tego rozciągać od razu na całą grupę zawodową. No cóż... Mój pierwszy dzień w pracy. Przełożony przedstawia mnie zespołowi i prosi jedną z nowych "koleżanek" (nota bene jakąś "seniorkę reportingową", więc wydawałoby się osobę kompetentną), aby pokazał...

Na co komu ta księgowa?

Specjalnie posłużyłam się powyższym obrazkiem, gdyż  większości "korpoksięgowych" czy może raczej "ekauntantów" taki obrazek wydaje się widokiem z obcej planety. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ "księgowość" większości takich osób wydaje się wprowadzaniem danych do systemu. Oczywiście danych zaciąganych automatycznie z ekselowskich plików lub też podawanych w mejlach od "biznesu". Skąd te dane "biznes" bierze? To raczej mało istotne. Istotne jest aby były one przekazane do systemu w wymagany  procedurą, ustalony i zatwierdzony przez "menedżerów" sposób. Oczywiście odpowiednio sformatowany i odpowiednio opisany. Do czego ma to służyć, skąd się wzięło i w jaki sposób powinno to zostać zinterpretowane, to już takich "korpoksięgowych" nie obchodzi, bo też rzadko kiedy takie rzeczy wiedzą. Najważniejsza jest przecież szybkość i sprawnie opanowany excel. Kiedy takie "korpoludki" jadą na  "tranzyszy...

Od czego to wszystko się zaczęło

A zatem realizuję postanowienie noworoczne i zaczynam serię tekstów o zasadach rachunkowości z mojego punktu widzenia i słowem wstępu zacznę może od tego  (jak to ładnie ktoś ostatnio określił) jak zaczęła się moja "przygoda" z rachunkowością. Otóż w czasach z ery dinozaurów, do której w zeszłym roku wróciliśmy, istniało coś takiego jak ośmioletnia podstawówka, po której następowała cztero- lub pięcioletnia szkoła średnia, kończąca się maturą. Jak przystało na bardzo dobrą uczennicę,  po podstawówce wszyscy gorąco namawiali mnie na kontynuowanie nauki w jednym z "elytarnych" liceów w Chorzowie, wśród których znajdowały się wtedy "Słowak" i "Batory". I trochę rozważałam tę opcję, ale z racji tego, że jestem, a może raczej wtedy byłam, bardzo skromnym, zahukanym i niewierzącym w siebie człowiekiem, trochę się obawiałam czy do tych "elytarnych" liceów, a potem na studia, się dostanę. Tak się złożyło, że moja koleżanka dwa lata wc...

O języku śląskim słów kilka

I znowu nie bardzo wiem od czego zacząć, gdyż temat zawarty w tytule jest dla mnie i bardzo osobisty i prywatny i bardzo emocjonalny. Nie da się ukryć, że nawet w mojej rodzinie Ślązaków, a nawet Chorzowian z dziada pradziada, w której żyłach płynie krew Pierwszych Ludzi (z Chorzowa) istnieje wiele sprzecznych głosów w tej sprawie. Czym tak na dobrą sprawę jest ten język, którym posługują się ludzie mieszkający na terenie górnośląskiej części Metropolii Górnośląsko-Zagłębiowskiej? Już w jednym z postów pisałam, że nawet mnie samej, jako magistrowi (który przeciwko magistrzyni na przykład nie miałby nic przeciwko) filologii polskiej ciężko jest jednoznacznie wypowiedzieć się po jednej ze stron konfliktu. No bo nie da się ukryć, że sposób w jaki wypowiadają się (niestety w przeważającej części) starsi mieszkańcy tego regionu, znacznie odbiega od polskiego języka literackiego. I wydaje mi się, że każdy Polak szczycący się posiadaniem wykształcenia średniego, obojętnie czy z matur...

Grzeczne dziewczynki nigdy nie istniały

Tak się cały czas zastanawiam czy powyższy obrazek jest dobrą ilustracją wiwisekcji, którą tym razem zamierzam przeprowadzić. W sumie chciałam  napisać trochę o serialu Kari Skogland i Stephena Frearsa, ale co mi z tego wyjdzie, okaże się, jak zwykle, na końcu. Zacznijmy może od słów Marka Edelmana, ostatniego przywódcy powstania w getcie warszawskim, który powiedział: Musimy uczyć w szkołach, w przedszkolach, na uniwersytetach, że zło jest złem, że nienawiść jest złem i że miłość jest obowiązkiem. Musimy walczyć ze złem tak, żeby ten, który czyni zło, zrozumiał, że nie będzie dla niego litości (Marek Edelman,  I była miłość w getcie , Świat Książki, Warszawa 2009, s. 26.) W ogóle się z tym nie zgadzam. Definicje dobra i zła są w dzisiejszych czasach tak rozmyte, a pojęcia, które wyrażają, są tak wyświechtane, że samo stwierdzenie, że ktoś jest dobry albo zły, nie mówi nic o tym człowieku. Niech będzie, że jestem lewakiem, który relatywizuje podstawowe pojęcia etycz...

10 rzeczy, które powiedziałabym osiemnastoletniej sobie.

Właśnie obejrzałam na Youtube filmik Joli Szymańskiej pod tytułem "10 dziwnych faktów o dorosłości" i tak właśnie wracam wspomnieniami w przeszłość i myślę o tym o ile moje życie byłoby łatwiejsze, gdyby ktoś mi podarował wtedy kartkę urodzinową z 10 przykazaniami dla dorosłego człowieka, którym właśnie według prawa się wtedy stałam. Zaznaczam, że musiałaby to być kartka dla dorosłego człowieka, którym ja wtedy byłam. Niekoniecznie dla każdego. Ale dla kogoś z moim charakterem, temperamentem i kompleksami na pewno. Więc napiszę 10 przykazań dla dorosłej mnie. Może gdzieś, kiedyś przypadkiem, trafią one na osiemnastolatkę z moim charakterem, temperamentem i kompleksami i dzięki temu czyjeś dorosłe życie stanie się łatwiejsze. W każdym razie, bądź co bądź, chciałabym żeby tak się stało. Ale po kolei. 1. Nikt nie uwierzy w to, że nie cierpisz swojego dużego biustu, który wbrew Tobie zwraca powszechną uwagę. To, że nie chcesz go eksponować i najchętniej, gdybyś mogła, sc...

VAT dla opornych - czyli jak tryskam żółcią, kiedy nikt nie widzi...

No więc zacznijmy od tego, że już od dawna nie pracuję w korporacji. Z prawdziwą ulgą bezsensowne procesy i mapki, tworzone chyba dla samej idei wykazywania się, jako "wykazywania się" zmieniłam na "prawdziwe" przepisy "prawdziwych" ustaw i "prawdziwe" wytyczne "prawdziwych" urzędników. Bezsensowne ustalenia z klientem, na wzorcowy plan kont, a szkolenia pokazujące na kolejnych slajdach poszczególne składniki faktury i dokładnie omawiające ich znaczenie, na rozporządzenie ministra finansów. Jak jednak wiadomo, każdy kij ma dwa końce i w każdej pracy, nawet tej wymarzonej, znajdą się jakieś rzeczy nie do przejścia. I w mojej nowej pracy głównym problemem są klienci i ich firmy, a raczej brak elementarnej wiedzy tych klientów na temat  funkcjonowania ich firm. Gdybym posiadała własną firmę, zależałoby mi na tym, żeby była ona w dobrej kondycji finansowej. Żeby uważano mnie za profesjonalistę. Tymczasem niektórym z tych moich klie...