No więc zacznijmy od tego, że już od dawna nie pracuję w korporacji. Z prawdziwą ulgą bezsensowne procesy i mapki, tworzone chyba dla samej idei wykazywania się, jako "wykazywania się" zmieniłam na "prawdziwe" przepisy "prawdziwych" ustaw i "prawdziwe" wytyczne "prawdziwych" urzędników. Bezsensowne ustalenia z klientem, na wzorcowy plan kont, a szkolenia pokazujące na kolejnych slajdach poszczególne składniki faktury i dokładnie omawiające ich znaczenie, na rozporządzenie ministra finansów.
Jak jednak wiadomo, każdy kij ma dwa końce i w każdej pracy, nawet tej wymarzonej, znajdą się jakieś rzeczy nie do przejścia.
I w mojej nowej pracy głównym problemem są klienci i ich firmy, a raczej brak elementarnej wiedzy tych klientów na temat funkcjonowania ich firm.
Gdybym posiadała własną firmę, zależałoby mi na tym, żeby była ona w dobrej kondycji finansowej. Żeby uważano mnie za profesjonalistę. Tymczasem niektórym z tych moich klientów wydaje się, że płacąc za usługi biura rachunkowego, zostają tym samym zwolnieni ze wszystkich obowiązków związanych z jej zarządzaniem.
Jak to kiedyś powiedział Otto von Bismarck, żelazny kanclerz Niemiec, "Tylko idiota uczy się na własnych błędach. Człowiek mądry uczy się na cudzych", więc dzięki mojej pracy, mam takie doświadczenie w obserwowaniu cudzych błędów co niektórych "menadżing dajrektorów", iż mam wrażenie, że w tej dziedzinie od dawna jestem już ekspertem.
"Niefrasobliwość", delikatnie mówiąc, co niektórych prezesów, wywołuje u mnie totalne zażenowanie.
Ale po kolei.
Jest kilka takich rzeczy, które co prawda fizyką kwantową nie są, ale prawie żaden magister inżynier nie jest w stanie ich przyswoić. Zazwyczaj tłumaczą to tym, że nie mają głowy do jakichś "papierków". "Papierków"? Ludzie! Przecież te papierki świadczą o waszej kondycji finansowej! Jak można tłumaczyć się jak jakaś słodka idiotka, "nie mam głowy do papierków"? No chyba, że Ci panowie, na budowie, w odprasowanych garniturkach, myślą, że uroczo wysługują się jakąś księgową. Takie cwaniaczki z nich. A tak na dobrą sprawę robią z siebie typowe słodkie idiotki. A nawet "blondyny" chciałoby się rzec.
Jednak jak powszechnie wiadomo, kobiety czepiają się głupich szczegółów, więc to normalne, że każda księgowa zawsze uczepi się jakichś tam "papierków". Pewnie ma okres albo facet jej w nocy nie dogodził...
No cóż moja słodka idioteczko blondyneczko. Wyjawię ja przed Tobą teraz arkana tych papierków, których Twój mały móżdżek najwidoczniej nie jest w stanie ogarnąć.
Tylko że, hmmm... Księgowość, to nie jest fizyka kwantowa , a skoro taki menadżing dajrektor nie potrafi ogarnąć zwykłych "papierków", to jak w takim razie ogarnia swoje przecież na pewno dużo bardziej skomplikowane obowiązki? No chyba, że ich nie ogarnia...
Ale po kolei.
1. VAT to nie jest żaden koszt. To nie jest nawet wydatek. To jest po prostu podatek. Czyli Ty, słodka blondyneczko, idioteczko, wystawiając fakturę, którą ma zapłacić Twój klient, musisz podliczyć wszystkie koszty które wpływają na cenę tego produktu. I do tej ceny doliczasz tych 5, 8 czy też 23 procent. Następnie, kiedy klient zapłaci fakturę, Ty, słodka blondyneczko, idioteczko, przelewasz tych 23 procent na rzecz urzędu skarbowego. Więc sprawa jest prosta. To, że klient płaci fakturę, jest równoznaczne z tym, że masz kasę na zapłatę podatku. Bo tych 5, 8 czy też 23 procent, które doliczyłaś do faktury, nigdy nie należały do Ciebie. A jeśli nie zapłaci faktury, to, co prawda dopiero po 150 dniach od daty zapłaty, ale możesz się ubiegać o zwrot podatku, którego nie otrzymałaś (bo przecież Twój klient nie zapłacił faktury).
2. Nie każdy zakup obniża VAT. Wyobraź sobie, słodka blondyneczko, idioteczko, że jeśli dostarczysz swojej księgowej fakturę na 50 puszek piwa, z opisem, że to poczęstunek dla klienta, to żadna księgowa nie wrzuci Ci tego w żadne koszty uzyskania przychodów, a tym bardziej nie odliczy od tego VAT. Mało tego. Nawet Ci o tym nie powie, że tego nie zrobi. Nie będzie z Twoim tępym cwaniaczkowatym móżdżkiem nawet na ten temat dyskutować, bo wie doskonale, że jeśli to zrobi, a przyjdzie kontrola skarbowa, to jej zaraz te wydatki zakwestionuje. I kto wtedy będzie winien temu, że będziesz musiała dopłacać z Twoich ledwie uciułanych pieniążków zaległy VAT? No oczywiście że księgowa. Przecież Ty, jako Magister Inżynier Od Bardzo Ważnych Rzeczy, nie masz głowy do jakichś papierków. Szczerze mówiąc tych 50 puszek piwa nie można nawet wrzucić w koszty reprezentacji. W koszty reprezentacji, wrzuca się coś, co Cię słodka blondyneczko, idioteczko reprezentuje przed klientem. Czy klient, który poczęstowałby Cię 50 puszkami piwa wzbudziłby u Ciebie chęć zrobienia z nim interesów czy raczej uznałabyś, że chce Cię upić, zgwałcić i okraść? Chociaż z drugiej strony czy 50 puszkami piwa da się w ogóle najebać...? Ja rozumiem, gdyby to był jakiś fajny alkohol. Taki dobry koniak na przykład albo dobra wódka jeśli chcemy się bawić w twardych facetów. Ale 50 puszek piwa? I to jeszcze takiej typowej komerchy? Przecież w Polsce jest dużo dobrych piw niszowych. Ale komercha? Mi osobiście byłoby wstyd w ogóle taką fakturę komukolwiek pokazywać. Ale przecież ja, słodka blondyneczko, idioteczko nie znam się na interesach. Nie wiem, że o interesach to się prowadzi męskie rozmowy (taaaaak już widzę, jak Ci faceci w różowych majteczkach sączą to piwo, co chwilę bekając i łypiąc okiem na innych czy się już po tej puszcze najebali czy muszą jeszcze "dokręcić śrubę").
3. Jeśli kupujesz towar od dostawcy zagranicznego to od razu do tego towaru doliczasz i odliczasz VAT, czyli de facto taka faktura nie obniża Twojego VAT, który musisz zapłacić Urzędowi Skarbowemu. Więc wyobraź sobie taką sytuację. Kupujesz towar od swojego zagranicznego kontrahenta za 50 000 zł. Ten towar chcesz sprzedać swojemu kontrahentowi w Polsce. No nie chcesz go za bardzo naciągać, więc wystawiasz fakturę na 60 000 zł. Dostajesz oczywiście zaraz orgazmu. Zarobisz na tym całe 10 0000 zł! Kurczę! Ale forsa! Za nic praktycznie! A teraz weź pod uwagę, że oprócz tych 50 000 zł, które zapłaciłaś za te towary, masz jeszcze wynagrodzenia do zapłaty. Wiem, wiem. Przecież nie zapłacisz swoim pracownikom więcej niż minimalna krajowa. Przecież nie masz więcej pieniędzy. A to i tak zdecydowanie za dużo. To głupie prawo chce Cię wycwanić na każdym kroku! Szczerze mówiąc nie pamiętam już kto to powiedział, ale były to bardzo mądre słowa. "Jeśli nie jesteś w stanie zapłacić swojemu pracownikowi przynajmniej tych 2 000 zł na rękę, to powinieneś czym prędzej zamykać interes..." (napisałam to jeszcze w 2018 roku przyp. Korpohumanistka). No ale ad rem. Wyobraź sobie, że oprócz tych wynagrodzeń masz jeszcze do zapłaty jakieś rachunki za prąd, za wynajem biura, za tych 50 puszek piwa.... (których to puszek nie wrzucisz ani do kosztów uzyskania przychodów ani nie odliczysz od nich VAT). I załóżmy, że same te rachunki ( w wariancie bardzo optymistycznym) wynoszą jakieś 10 000 zł. I załóżmy też, że w tym wariancie bardzo optymistycznym, możesz od nich wszystkich odliczyć podatek VAT w wysokości 23 % czyli to będzie jakieś 1 870 zł. Czyli teraz tak. Kupiłeś towar za 50 000 zł, do tego dodajmy powiedzmy koszt kilku pracowników, dajmy na to że to będzie też jakieś 10 000 zł. Do tego dodajmy te faktury na 8 130 zł, czyli Twoje koszty wynoszą jakieś 68 130 zł. Na fakturze zarobiłeś 60 000 zł. Czyli Twój przychód to tych 60 000 zł. Czyli Twój dochód to 60 000 zł - 50 000 zł za towary - 10 000 wynagrodzenia - 8 130 zł rachunki = strata w wysokości 8 130 zł. No z jednej strony super. Nie musisz płacić podatku dochodowego. Ale z drugiej strony... Do tych 60 000 zł musisz jeszcze doliczyć VAT w wysokości 23 % = 13 800, które możesz obniżyć o VAT z faktur zakupowych czyli o te ok. 1870 zł. A więc mimo, że masz już stratę w wysokości 8 130 zł, to jeszcze musisz zapłacić VAT w wysokości 13 800 - 1 870 = 11 930 zł. Tak więc słodka blondyneczko, idioteczko, ubiłaś interes życia!
3. To że masz taką stratę i mimo to musisz zapłacić VAT, słodka blondyneczko, idioteczko, to wcale nie jest wina Twojej księgowej, tylko tego, że nie potrafisz liczyć. A może bardziej kalkulować. Taaaak! Wiem! Skończyłaś politechnikę, nie jakiś tam uniwersytet ekonomiczny. Ale zawsze mi się wydawało, że na polibudzie matematyka i do tego ta wyższa matematyka, jest przedmiotem obowiązkowym. To jak? Zaliczyłaś wyższą matematykę, a nie znasz podstawowych działań arytmetycznych?
Słodka blondyneczko, idioteczko. Cofnij Ty się lepiej do podstawówki. Może zacznij sobie kręcić te Twoje blond loczki, zamiast robić jakieś interesy, które tylko zbytnio obciążają Twoją główkę. A tych 50 puszek piwa tylko jeszcze obniża Twoją już i tak mocno nadwyrężoną lotność...

Komentarze
Prześlij komentarz