Przejdź do głównej zawartości

Pornografia 2.0, czyli znowu, dlaczego Pulp Fiction jest do dzisiaj przez co niektórych źle zrozumianie

 


No to jeszcze raz. Przypomnijcie sobie klasyczną scenę z Pulp Fiction Quentina Tarantino. Piwnica lombardu, mroczny klimat i brutalna scena przemocy z udziałem Marsellusa Wallace’a oraz Butcha. Zewnętrznie wywołuje ona szok, ale dla dojrzałego widza jest to wyrafinowana gra z konwencją kinową. Tarantino odwraca w niej motywy klasycznego kina zemsty i horroru, zderzając hipermęskość postaci z absurdalnym motywem BDSM i niemal baśniowym kodeksem honorowym (wybór broni przez Butcha, od katany po kij bejsbolowy). Przemoc nie służy tu epatowaniu okrucieństwem dla samej czystej sensacji — jest przemyślanym środkiem wyrazu artystycznego, pełnym ironii, czarnego humoru i gatunkowych niuansów.

Żeby jednak dostrzec ten kontekst, trzeba posiadać odpowiednie narzędzia poznawcze. I to właśnie ta scena staje się idealnym punktem wyjścia do rozważań o tym, czym w rzeczywistości są kategorie wiekowe przy filmach, grach czy muzyce. Pierwsze skojarzenie? Cenzura, sztywne nakazy, rodzicielska kontrola i zakazany owoc. Prawda ma jednak zupełnie inne, neurobiologiczne podłoże. Oznaczenia wiekowe nie powstały po to, by kogoś uciszać, ale by chronić rozwijający się układ nerwowy.

Jak działa dziecięcy mózg?

Struktury mózgowe odpowiedzialne za krytyczne myślenie, analizę kontekstu i wyciąganie wyrafinowanych wniosków (przede wszystkim kora przedczołowa) dojrzewają najdłużej — proces ten kończy się pełnym wykształceniem sieci połączeń dopiero około 25. roku życia.

Młody mózg uczy się świata zupełnie inaczej niż dojrzały. Dzieci absorbują rzeczywistość poprzez obserwację i kopiowanie zachowań. Ich mózg koduje wzorce na zasadzie prostego schematu: widzę – uznaję za normę – powtarzam. Nie ma w tym jeszcze wbudowanego bezpiecznika, który zada pytanie: „Czy to na pewno jest dla mnie dobre i bezpieczne?”.

Tymczasem świat dla dorosłych jest pełen niuansów, konwencji, dwuznaczności i ironii. Dorosły rozumie artystyczny cudzysłów w filmie Tarantino (a przynajmniej teoretycznie powinien rozumieć). Dziecięcy mózg widzi tylko przekaz wprost — nie ma biologicznych zasobów, by oddzielić sceniczną fikcję czy estetykę przerysowania od codziennych norm.

Gdy dziecięcy układ nerwowy styka się z treściami zbyt trudnymi lub drastycznymi, rzadko reaguje dojrzałą autorefleksją. Często obronną reakcją staje się głupkowaty śmiech, ekscytacja i rozładowanie napięcia przez żart. Pod tym powierzchownym śmieszkowaniem mózg jednak „zawiesza się” na nieprzetworzonych obrazach. Nie zintegrowane bodźce zamieniają się w powracające, natrętne myśli i powidoki poznawcze, wywołując podświadomy lęk, z którym młody człowiek zostaje sam.

Ten brak filtrów doskonale widać na przykładzie masowego zabierania kilkulatków na koncerty Skolima. Rodzice często patrzą na to bezrefleksyjnie: wpadająca w ucho muzyka, kolorowe widowisko, „przecież dziecko lubi tańczyć do Wyglądasz idealnie”.

Problem leży w warstwie tekstowej i scenicznej, ufundowanej na motywach erotycznych, flirtu, seksualizacji i wzorcach relacji przeznaczonych dla dorosłych. Kilkulatek śpiewający z pamięci teksty o wyzywającym wyglądzie i podbojach nie rozumie ich znaczenia. Jego mózg koduje jednak, że tego typu przedmiotowy język i estetyka są całkowicie przezroczystą, społeczną normą. Obecność rodzica na takim koncercie daje dziecięcemu mózgowi potężny sygnał: „To, co tu widzisz i słyszysz, jest w pełni w porządku”. Dziecko traci szansę na wykształcenie krytycznego dystansu do treści, które przekraczają jego wiek rozwojowy.

Jeśli koncerty muzyczne z podtekstami to etap oswajania z dorosłą estetyką, to po drugiej stronie leży kontakt z pornografią lub drastycznymi materiałami z sieci. Dorosły człowiek (przynajmniej teoretycznie) wie, że materiały 18+ to wyreżyserowany spektakl uszyty pod konkretne bodźce.

Dziecko trafiające na takie treści przeżywa jednak specyficzny proces. Pierwszą reakcją dzieci na takie obrazy rzadko jest dorosłe obrzydzenie — znacznie częściej pojawia się ekscytacja, wygłupy i obracanie wszystkiego w żart. Śmieszne piosenki, cytowanie wyłapanych fraz czy opowiadanie drastycznych lub erotycznych scenek staje się walutą w grupie rówieśniczej, służącą do zdobycia uznania i zszokowania kolegów. Opowiadanie takich historii, strojenie sobie żartów czy powielanie przedmiotowych zachowań, prowadzi prosto do podchwytywania przemocowych wzorców. Dzieci zaczynają przekraczać granice rówieśników — wyśmiewać ich, przedmiotowo traktować czy narzucać im treści, na które tamci nie są gotowi. Dzieje się to bez udziału złej woli, a wyłącznie z braku świadomości, że to, co ich „śmieszy”, w rzeczywistości kogoś krzywdzi.

Choć na zewnątrz dziecko zgrywa śmiałka i śmieje się z obscenicznych scen, w głowie uruchamia się mechanizm natrętnych myśli. Mózg nie potrafi przetrawić skrajnych obrazów, więc odtwarza je w kółko w najmniej oczekiwanych momentach, budząc poczucie zagubienia i przebodźcowania.

Czy to znaczy, że świat dorosłych jest zamknięty aż do 25. roku życia?

Skoro kora przedczołowa dojrzewa w pełni około dwudziestego piątego roku życia, pojawia się pytanie: czy powinniśmy trzymać młodych ludzi pod kloszem i zakazać im jakiegokolwiek kontaktu z trudnymi czy dorosłymi treściami aż do ukończenia ćwierćwiecza?

Zdecydowanie nie. Dojrzewanie biologiczne i psychiczne to proces stopniowego budowania odporności i filtrów poznawczych. Granica 25 lat jest wskazówką neurobiologiczną, a nie sztywną cezurą. Oznacza po prostu etap, w którym mózg osiąga pełną samodzielność myślenia krytycznego.

Oswajać lęk, wyjaśniać biologię — wizja bezpiecznej edukacji

Gdybyśmy szukali absolutnego ideału Mądrej Edukacji Seksualnej, nie polegałaby ona na ucieczce, udawaniu, że problem nie istnieje, ani na moralizowaniu. Gdy młodzi ludzie osiągają wiek nastoletni, najgorsze, co można zrobić, to zostawić ich z cyfrowym światem w samotności.

Mądra szkoła — oparta na empatii, zaufaniu i wiedzy medycznej — tworzyłaby przestrzeń, w której pod opieką przygotowanego, wrażliwego pedagoga można bezpiecznie i bez wstydu „rozmontować” ten temat na części pierwsze. W optymalnych warunkach młodzi ludzie mogliby zobaczyć fragmenty takich materiałów w celowo ustrukturyzowany sposób, nie po to, by ich bodźcować, ale by wyjaśnić mechanizm ich działania. Prowadzona z wyczuciem lekcja mogłaby im pokazać: „Zobaczcie, to co dzieje się w waszym ciele i mózgu w odpowiedzi na takie obrazy, to czysta biochemia — wyrzut dopaminy, reakcja układu nagrody. To normalna reakcja organizmu, ale właśnie dlatego te materiały są tak uzależniające i projektowane jak dopalacz”.

Nauczyciel mógłby pomóc nastolatkom nazwać to, co naprawdę robią, gdy śmieją się z takich treści: pokazać, że ten śmiech to często po prostu mechanizm obronny przed czymś, z czym ich umysł nie potrafi sobie poradzić. Uświadomienie uczniom, jak łatwo „niewinny żart” czy chęć zszokowania kogoś drastycznym opisem zamienia się w presję i naruszanie granic rówieśnika.

W bezpiecznym otoczeniu można wskazać nierealistyczność, reżyserię i przemysłowy charakter tych obrazów, pozbawiając je atrybutu zakazanego owocu i obniżając ryzyko powstawania natrętnych, lękowych myśli.

Ochrona, nie tabu

Gdy wprowadzamy kategorie wiekowe, nie chodzi o powiedzenie młodym ludziom: „To jest złe, brudne i masz zakaz dotykania tego do dojrzałości”. Chodzi o szacunek do etapu rozwoju, na którym obecnie się znajdują.

Przeznaczenie konkretnych treści dla dorosłych nie wynika z chęci sprawowania władzy, ale z faktu, że dziecięcy i wczesnonastoletni mózg potrzebuje czasu na zbudowanie dojrzałych mechanizmów obronnych. Ochrona przed zbyt wczesnym przebodźcowaniem to nie cenzura ani pruderia — to dbanie o higienę psychiczną, chronienie dzieci przed wchodzeniem w rolę nieświadomych oprawców lub ofiar rówieśniczej presji i dbanie o to, by młody człowiek krok po kroku budował zdrowe filtry poznawcze, zanim o własnych siłach wpłynie w pełne niuansów i szarości wody dorosłości.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Na co komu ta księgowa?

Specjalnie posłużyłam się powyższym obrazkiem, gdyż  większości "korpoksięgowych" czy może raczej "ekauntantów" taki obrazek wydaje się widokiem z obcej planety. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ "księgowość" większości takich osób wydaje się wprowadzaniem danych do systemu. Oczywiście danych zaciąganych automatycznie z ekselowskich plików lub też podawanych w mejlach od "biznesu". Skąd te dane "biznes" bierze? To raczej mało istotne. Istotne jest aby były one przekazane do systemu w wymagany  procedurą, ustalony i zatwierdzony przez "menedżerów" sposób. Oczywiście odpowiednio sformatowany i odpowiednio opisany. Do czego ma to służyć, skąd się wzięło i w jaki sposób powinno to zostać zinterpretowane, to już takich "korpoksięgowych" nie obchodzi, bo też rzadko kiedy takie rzeczy wiedzą. Najważniejsza jest przecież szybkość i sprawnie opanowany excel. Kiedy takie "korpoludki" jadą na  "tranzyszy...

U źródeł wielkiej huty

Kiedy 24 czerwca  w 1257, roku Książę Opola i Raciborza, Władysław, nadawał Bożogrobcom na zagospodarowanie wieś Chorzów, pewnie nie podejrzewał jakie skarby kryją się pod jego stopami. Nie podejrzewał też pewnie, że skarby te za kilkaset lat spowodują nagły wzrost gospodarczy tej wioski, która w czasie jej nadawania była według źródeł historycznych zniszczona po najeździe tatarskim, a do zadań Bożogrobców należało między innymi jej odbudowanie. Ponieważ jedną z podstawowych reguł zakonu była pomoc chorym, we wsi założono szpital, który następnie przeniesiono do Bytomia. Jednakże chorzowscy proboszczowie nadal byli przeorami szpitala św. Ducha. Bożogrobcy działali we wsi Chorzów aż do 1817 roku, kiedy po kasacji klasztorów przez Fryderyka Wilhelma II, kościół w Chorzowie zostaje przejęty przez proboszcza świeckiego Józefa Bedera. Pamiętam jeszcze, że w szkole uczono mnie, że Chorzów, jako Królewska Huta, prawa miejskie zyskał w 1922 roku, czyli w momencie przyłączenia go ...

Sztuka obiecywania

  Moi drodzy. Zauważyłam, że większość osób aktywnych w komentarzach dotyczących polityki w Chorzowie, zainteresowała się nią dopiero koło 2023 roku. Tymczasem sytuacja, która ma miejsce dzisiaj, zaczęła się wiele lat temu. Jak wiecie bardzo lubię zajmować się  wiwisekcjami różnych narracji, w związku z czym, tym razem na warsztat biorę obietnice dotyczące wybudowania stadionu Ruchu Chorzów.  Cofnijmy się zatem w czasie do roku 2016, kiedy to gruchnęła wieść, że ówczesny prezes klubu, Dariusz Smagorowicz, zaciągał wysoko oprocentowane pożyczki na regulację bieżących zobowiązań. Pożyczki te doprowadziły do narastającej spirali długów, która z kolei spowodowała, że Pan Smagorowicz postawił Miastu Chorzów, wtedy jeszcze reprezentowanemu przez Andrzeja Kotalę ultimatum, że albo Miasto da klubowi 18 milionów złotych, albo klub upadnie. Po wielu burzliwych dyskusjach, Miasto zgodziło się na jej udzielenie. W tym samym czasie okazuje się jednak, że prezes Smagorowicz w dokumenta...