W poprzednim tekście rozłożyliśmy na części pierwsze zjawisko kid-washingu – zaplanowaną, cyniczną operację PR-ową, w której wizerunek małego dziecka i wata cukrowa mają zmyć grzechy lokalnych włodarzy oraz ultrasów Ruchu Chorzów.
Dziś czas na drugą stronę tej samej monety. Porozmawiajmy o tym, co właściwie kryje się pod tą grubą warstwą lukru, darmowych baloników i pamiątkowych zdjęć z domów dziecka.
Bo gdy zdejmie się z tych ludzi niebieskie koszulki, mikołajkowe czapki i zdemontuje opowieści o „przywiązaniu do tradycji i barw”, wyłania się obraz nie tyle groźnej, mafijnej struktury z włoskich filmów, ile porażającej głupoty i intelektualnej niemocy.
Przez lata wokół środowiska pseudokibiców budowano mit „twardych ludzi”, którzy trzymają w garści całe miasto. W nagłówkach mediów migną czasem informacje o zatrzymaniach przez CBŚP, nielegalnych substancjach, wymuszeniach czy kibicowskich „ustawkach” na autostradach.
Z punktu widzenia analizy zasobów ludzkich i kompetencji (nazwijmy to korporacyjnym HR-em) pojawia się jednak podstawowe pytanie: dlaczego ludzie ci wybrali akurat taką ścieżkę życiową?
Odpowiedź jest bolesna w swojej prostocie. Żyjemy w czasach, w których do odniesienia sukcesu potrzebne są skomplikowane kompetencje: elastyczność, umiejętność komunikacji, krytyczne myślenie, inteligencja emocjonalna czy po prostu chęć podjęcia jakiejkolwiek legalnej pracy.
Gdy konfrontujesz z tymi wymogami kogoś, kogo jedynym zasobem intelektualnym jest znajomość trzech zwrotek wulgarnych przyśpiewek i umiejętność pomalowania sprayem elewacji sąsiedniego bloku, powstaje potężny intelektualny zator.
Oni po prostu nie nadają się do funkcjonowania w normalnych warunkach.
Gdy nie potrafisz odnaleźć się w cywilizowanym świecie, masz dwa wyjścia: podnieść swoje kwalifikacje albo zbudować alternatywną rzeczywistość, w której zasady są tak proste, że zrozumie je nawet pięciolatek.
W świecie kibolskim zasady są wręcz podręcznikowo prymitywne:
Wygrywa ten, kto ma większy biceps.
Zasługą życiową jest urodzenie się na konkretnej ulicy.
Szacunek zdobywa się nie przez osiągnięcia, lecz przez zastraszenie słabszego.
To idealne środowisko dla osób o ujemnej elastyczności zawodowej. Przemoc, dym w centrum miasta, demolowanie pociągów i zastraszanie zwykłych mieszkańców Chorzowa nie są dowodem potęgi. To krzyk rozpaczy ludzi, dla których zwykła rozmowa kwalifikacyjna na stanowisko młodszego magazyniera byłaby wyzwaniem przerastającym możliwości intelektualne.
Kiedy jedyną rzeczą, którą potrafisz zaoferować społeczeństwu, jest groźne spojrzenie spod kaptura, musisz terroryzować otoczenie. W przeciwnym razie świat zorientowałby się, że bez kominiarki i wsparcia kolegów jesteś po prostu do niczego.
Najciekawszy w tym wszystkim jest jednak poziom wyparcia samych zainteresowanych. W głowach osiedlowych „twardzieli” funkcjonuje potężny mechanizm obronny: terroryzowanie miejskiej przestrzeni, demolowanie infrastruktury i nocne wycia pod klatkami to w ich mniemaniu... szlachetne, męskie rozrywki.
W tej zwichrowanej narracji bieganie z maczetą czy sprayem to dowód „braterstwa”, „pielęgnowania tradycji” i „charakteru”. Każdy, kto tego nie rozumie, nie zachwyca się hałasem o 2:00 w nocy albo śmie krytykować wulgaryzmy na elewacjach, zostaje błyskawicznie sklasyfikowany jako „głupi”, „pedantyczny” albo „zniewieściały”.
Zatrzymajmy się tu na chwilę i zróbmy zimny prysznic z logiki.
Jak to jest w ogóle możliwe, że jako społeczeństwo w XXI wieku – w środku Europy, w rozwijającej się metropolii – daliśmy sobie narzucić ciche przyzwolenie na tolerowanie takiego mentalu?
Dlaczego dorosłym, wykształconym ludziom wmawia się, że jaskiniowy atawizm grupy porywczych panów w dresach to „element lokalnej kultury”, do którego trzeba mieć „dystans”? Przecież sprowadzanie definicji męskości do demolowania przystanku i darcia się na skrzyżowaniu to obraza dla ludzkiego rozumu. Fakty są proste: to nie jest żadna „tradycja” ani „szlachetna rozrywka”. To zwykły brak wychowania, zbrojny w ignorancję i podparty strachem przed odrzuceniem przez swoich idoli.
Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest możliwe, że grupa osiedlowych wyrostków i panów po trzydziestce w dresach potrafi latami terroryzować całe kwartały ulic, a służby porządkowe wydają się bezsilne?
Czy stoi za tym misterna strategia operacyjna na miarę serialu The Wire? Nic z tych rzeczy. Cała taktyka kontroli terenu opiera się na innowacji na poziomie przedszkolnej zabawy w ciuciubabkę.
Spójrzmy na to jak na proces korporacyjny:
Zgłoszenie zdarzenia: sfrustrowany i zdesperowany mieszkaniec Chorzowa dzwoni na policję lub straż miejską, bo pod oknami odbywa się właśnie popis agresji, rzucanie butelkami i niszczenie mienia.
Procedura reagowania: Służby przyjmują zgłoszenie, odpalają koguty i wysyłają patrol.
Aktywacja taktyki „Ciuciubabka”: Na widok niebieskich świateł grupa „twardzieli” natychmiast rozprasza się w ciemnych bramach, wbiega do klatek, chowa się w krzakach albo udaje, że tylko spokojnie spaceruje w pięciu po 23:00.
Odjazd służb & Powrót na pozycję: Patrol przyjeżdża, widzi pusty skwer, robi objazd i odjeżdża. W tym samym momencie „bohaterowie osiedla” wychodzą z bram z głupkowatym uśmieszkiem triumfu i wracają do terroryzowania otoczenia.
Ten mechanizm jest porażająco głupi, wymagający inteligencji na poziomie psa chowającego się pod stół po zjedzeniu kapcia. A jednak z punktu widzenia efektywności terroryzowania terenu – niesamowicie skuteczny.
Dlaczego? Bo bazuje na asymetrii procedur. Służby państwowe i miejskie działają w ramach sztywnych budżetów, godzin pracy i ograniczeń kadrowych. Nie będą stawiać stałego posterunku pod każdą bramą w Chorzowie. Mieszkaniec zostaje więc sam z poczuciem całkowitej bezradności, bo widzi, że interwencja policji kończy się w momencie odjechania radiowozu.
Dla kibola to powód do dumy – w swoim mniemaniu „przechytrzył system”. W rzeczywistości po prostu wykorzystał fakt, że dorosły świat ma ograniczone zasoby na uganianie się po bramach za ludźmi, którzy mentalnie utknęli w przedszkolu.
Dlatego dziwię się zarówno policji, jak i straży miejskiej, że w momencie takiego zgłoszenia, kiedy doskonale zdają sobie sprawę, że właśnie zapewnili tym amatorom męskich, szlachetnych rozrywek chwilę ekscytacji i podwyższonej ciuciubabkowej adrenaliny, zamiast odjeżdżać, nie posiedzą godzinę lub dwie w takim miejscu (każdy dobrze wie, że najczęściej takie rzeczy mają miejsca na osiedlowych placach zabaw dla dzieci czy też osiedlowych boiskach), podekscytowanym panom w tym czasie znudzi się zabawa w chowanie się po kątach i rozejdą się w swoją drogę.
Oczywiście, że można zaraz powiedzieć, że procedury policji i straży miejskiej są inne, ale zdradzę wam tajny sekret menedżera w dobrze funkcjonującym środowisku pracy: JEŚLI JAKAŚ PROCEDURA NIE DZIAŁA, TO TRZEBA JĄ ZMIENIĆ. Mam nadzieję, że mój tekst sprawi, że kierownikom poszczególnych jednostek, jakaś lampka w głowie się dzięki zdradzie mojego sekretu zaświeci.
Spójrzmy na ich tzw. „działalność” przez pryzmat biznesowy. Normalna firma musi stworzyć produkt, znaleźć klienta, zadbać o jakość, marketing i obsługę posprzedażową. To wymaga myślenia.
A jak wygląda „biznes” w wykonaniu lokalnych półświatkowych mędrców?
Zrobić „wjazd” na osiedle w dwudziestu na jednego.
Wymusić „haracz” lub opłatę za tzw. „święty spokój”.
Sprzedać nielegalne substancje, wykorzystując najprostszy, prymitywny popyt.
To nie jest strategia biznesowa. To ekonomiczny odpowiednik zbierania grzybów w lesie – idziesz tam, gdzie leży darmowy i dostępny zasób, bo na wyhodowanie własnej pieczarki brakuje ci wiedzy i cierpliwości.
Gdyby kazać tym ludziom poprowadzić chociażby osiedlowy warzywniak zgodnie z przepisami podatkowymi i zasadami kultury osobistej, ich biznes zbankrutowałby przed drugą kawą.
I w tym miejscu koło się zamyka. Dlaczego Ci sami ludzie tak gorliwie nakładają mikołajkowe czapki i biegają ze słodyczami do dzieci?
Bo doskonale wiedzą, że ich realna pozycja społeczna jest zerowa. Mieszkańcy Chorzowa nie czują do nich „szacunku” – czują obrzydzenie zmieszane z niepokojem przed tym, że ktoś uszkodzi im samochód na podwórku albo że w ramach zemsty dostaną pod własną klatką.
Ponieważ brakuje im kapitału intelektualnego, by zyskać prawdziwy szacunek otoczenia (np. poprzez pracę, twórczość, zaangażowanie w rozwój miasta czy naukę), muszą kupczyć wizerunkiem najmłodszych. Pluszowy miś wręczony w świetle reflektorów ma być przepustką do udawania, że jest się kimś więcej niż osiedlowym problemem grającym w ciuciubabkę z radiowozem.
Świat idzie do przodu. Miasta Śląska zmieniają się, rozwijają i potrzebują nowoczesnych rozwiązań, edukacji i kultury. Tymczasem grupa panów w średnim wieku, ubranych w jednakowe dresy, wciąż wierzy, że władza nad trzema trzepakami, uciekanie przed strażą miejską do bramy i możliwość bezkarnego pobazgrania elewacji czyni z nich „władców Chorzowa”.
Nie, nie czyni. Przemoc i terror w przestrzeni miejskiej to nie dowód siły. To ostateczne przyznanie się do porażki na własne życzenie.
I chyba najwyższy czas, żebyśmy przestali patrzeć na nich jak na „groźne gangsterstwo”, a zaczęli dostrzegać to, czym są w rzeczywistości: smutnym skansenem ludzkiej bezradności, który przed własną śmiesznością próbuje zasłaniać się maską chuligana... i dziecięcym balonikiem.
Nic się Pani nie zna, nic nie orientuje, ale publikuje jakiś artykuł, w który większość uwierzy. A gdyby tylko wgryźć się w temat, zgłębić zasady działania grup kibicowskich, porozmawiać z kimś, kto do tego Domu Dziecka poszedł z prezentami i mieć otwartą głowę na odpowiedzi - okazałoby się, że to, co powyżej to tylko Pani subiektywna opinia, nijak mająca się do realiów.
OdpowiedzUsuńW skrócie: każdy klub ma kibiców, każdy ma też bandytów, którzy pod płaszczykiem klubowych barw czynią zło (na różnych płaszczyznach)... Nie da się tego uniknąć niestety, choć pewnie świat byłby piękniejszy bez nich. Wrzucanie wszystkich do jednego worka, to generalizowanie i niejako nakręcanie czytelników na kibiców. Na marginesie dodam, że nawet wśród tych "złych" są ludzie wykształceni, inteligentni i oczytani. Nie tylko bezmózgi nadające się do bijatyk i malowania sprayem miasta.
Oczywiście że się doskonale znam. Przez takich typków musiałam się wyprowadzić z poprzedniego miejsca. A co do generalizowania, wydaje mi się chyba że napisałam wyraźnie o jaki odłam kibiców mi chodzi. Nie piszę o wszystkich i nie generalizuję. Piszę tylko i wyłącznie o kibolach, którzy terroryzują przestrzeń publiczną. Sama jestem wierną kibicką Ruchu Chorzów, mimo że od kilku lat mieszkam już w Katowicach.
OdpowiedzUsuń