W świecie korporacyjnych kryzysów i public relations istnieje jedno złote narzędzie, które potrafi zmienić bieg każdej dyskusji: przeramowanie. To nic innego jak zmiana ramy pojęciowej, zmiana kontekstu, w jakim postrzegamy dane zjawisko.
"Ramy to struktury umysłowe, które kształtują nasze widzenie świata. Wpływają na cele, jakie sobie stawiamy, czynione przez nas plany, sposób naszego zachowania oraz na to czy rezultaty naszych działań oceniamy jako dobre czy złe. W polityce ramy kształtują nasze zasady społeczne oraz instytucje, które powołujemy do wprowadzania tych zasad. Zmiana ram (przeramowanie) zaowocuje przekształceniem tego wszystkiego. Przeramowanie jest zmianą społeczną"; napisał w swojej książce Nie myśl o słoniu. Jak język kształtuje politykę, która ostatnio wpadła mi w ręce George Lakoff.
Książka ta zainspirowała mnie do przyjrzenia się temu w jaki sposób swoją wizję świata przedstawiają przeciwnicy aborcji, samozwańczo nazywający swój ruch pro-life. Czyli w wolnym tłumaczeniu "za życiem".
Termin pro-life sugeruje, że intencją stojącą za tym ruchem jest afirmacja życia, opieka, humanitaryzm i szeroko pojęty dobrostan. Jednak patrząc na systemowe skutki działań tego środowiska, widzimy rażący błąd logiczny między obietnicą, a dostarczanym produktem. Gdzie kończy się ta „pro-życiowa” empatia? Kończy się dokładnie w momencie narodzin, a bardzo często – w momencie, gdy ciężarna kobieta staje w obliczu niewyobrażalnej ludzkiej tragedii.
Gdy zdejmiemy z tego ruchu marketingową otoczkę, ukazuje się twarda, systemowa matryca oparta na jednym mechanizmie: na przymusie donoszenia niechcianej ciąży.
Według badań najczęstszymi powodami aborcji są:
Warunki ekonomiczne i logistyka życiowa – odpowiedzialność za już narodzone dzieci, brak stabilizacji życiowej i finansowej oraz niemożność pogodzenia ról życiowych (w przypadku np. ciąży w wieku szkolnym).
Problemy w relacjach i lęk przed samotnym rodzicielstwem – ciąże powstałe w relacjach niestabilnych, przemocowych lub w momencie, gdy partner odmawia współodpowiedzialności i porzuca kobietę; kobiety w takiej sytuacji decydują się na aborcję, by uniknąć samotnego macierzyństwa bez sieci wsparcia.
Wady płodu i przyczyny medyczne.
Ciąże z gwałtów i czynów zabronionych.
Tymczasem ruch pro life tworzy wizję, jakoby aborcja dokonywana była przez kobiety nieodpowiedzialne, które nie chcą wziąć odpowiedzialności za to co "zesłał im Bóg", bo żal im ich wygodnego życia.
Często spotykam się również z takim określeniem "wiedziała co robi, jak rozkładała nogi? To teraz niech cierpi". W tym kontekście, w wizji "zwolenników życia" ciąża nie jest nagrodą i spełnieniem marzeń, tylko zwykła karą, za to że kobieta uprawiała seks. W jaki sposób do tego seksu doszło, to już "zwolenników życia" nie obchodzi.
W związku z faktem, że donoszenie niechcianej ciąży wiąże się nie tyle z chęcią rozwijania nowego życia, tylko na przymusie wtłoczenia w rolę, do której kobieta została przymuszona, proponuję, zmianę nazwy ruchu pro life, na pro force.
Dlaczego pro-force to jedyna etycznie i logicznie poprawna nazwa? Ponieważ esencją tego światopoglądu nie jest ochrona egzystencji, ale bezwzględne egzekwowanie systemowej siły wobec jednostki. Przyjrzyjmy się trzem drastycznym filarom, na których ten przymus się opiera:
Zmuszanie ofiar gwałtu: Ruch ten nie stoi za życiem kobiety, której odebrano autonomię i zdeptano godność. Stoi za zmuszeniem jej, by przez dziewięć miesięcy nosiła w sobie biologiczny ślad traumy. To zmuszanie do heroizmu za pomocą aparatu państwowego.
Zmuszanie do rodzenia dzieci z ciężkimi, śmiertelnymi wadami patologicznymi: Gdzie tu „życie”? To zgoda na torturę – zarówno dla matki, która staje się żywą trumną, jak i dla noworodka, którego „życie” potrwa kilka godzin w niewyobrażalnym cierpieniu. To nie jest pro-life, to jest pro-agonia.
Zmuszanie do donoszenia każdej niechcianej ciąży: Bez względu na sytuację życiową, zdrowotną, psychiczną czy ekonomiczną kobiety. Państwo i ideologia wchodzą w rolę przymusowego zarządcy cudzego ciała.
W tych scenariuszach słowo „życie” staje się pustym frazesem, zasłoną dymną dla systemowej opresji. Głównym celem nie jest ratowanie kogokolwiek, ale odebranie kobiecie prawa do decydowania o sobie. To czysty, instytucjonalny przymus.
Dopóki pozwalamy przeciwnikom aborcji na używanie etykiety pro-life, oddajemy im moralną wyższość na starcie. Stawiamy się na pozycji kogoś, kto rzekomo jest „przeciwko życiu”. To fundamentalny błąd strategiczny w debacie publicznej.
Kiedy zaczynamy mówić o nich pro-force lub pro-zmuszacze czy też przymusowcy:
Zdejmujemy maskę hipokryzji – obnażamy fakt, że ich paliwem nie jest miłość ani troska, lecz chęć kontroli i władzy nad ludzkim ciałem.
Przenosimy punkt ciężkości – z abstrakcyjnych, ideologicznych dysput na realne, fizyczne i psychiczne zmuszanie żyjących, czujących kobiet do cierpienia.
Wracamy do prawdy – w debacie o aborcji nie chodzi o to, „kiedy zaczyna się życie”, ale o to, „czy państwo ma prawo użyć siły, by zmusić jednostkę do donoszenia ciąży”.
Musimy pokazać opinii publicznej, co „konsument” tej ideologii realnie kupuje, gdy popiera ruchy antyaborcyjne. Wyobraźmy sobie billboardy i spoty, które zamiast zmanipulowanych grafik, pokazują surową, drastyczną prawdę o instytucjonalnym sadyzmie:
Uderzenie w fasadę „troski”: Wielkie, czarno-białe portrety zapłakanych dziewcząt, ofiar przemocy seksualnej, z jednym, chłodnym podpisem: „Państwo zmusiło ją do donoszenia ciąży z gwałtu. Poznajcie program Pro-Force”.
Zderzenie haseł z finansową obojętnością: Zestawienie obok siebie wizerunku polityka krzyczącego o „świętości życia” z dokumentem odrzucającym podwyżki zasiłków dla matek dzieci z głębokimi niepełnosprawnościami. Podpis: „Nasza miłość kończy się na porodówce. Dalej radź sobie sama”.
Prawda o prywatnym immunitecie: Grafika przedstawiająca luksusową, zagraniczną klinikę i hasło: „Zakazy są dla mas, prywatne zabiegi dla naszych żon i córek. Hipokryzja to nasz stały budżet”.
Taka kampania nie miałaby na celu budowania dialogu – bo z fundamentalizmem i systemowym fałszem się nie dyskutuje. Jej celem byłoby całkowite zatrucie studni przeciwnika. Sprawienie, by każdy, kto publicznie spróbuje zadeklarować się jako „pro-life”, natychmiast kojarzył się opinii publicznej z sadyzmem, salą tortur, przymusem państwowym i podwójnymi standardami. Chodzi o to, by ta etykieta zaczęła parzyć w ręce, a hipokryzja przestała być darmowa.
Wracając do myśli George’a Lakoffa: „Przeramowanie jest zmianą społeczną”. Dopóki bezwiednie powtarzamy pojęcia narzucone przez fundamentalistów, dopóty poruszamy się wewnątrz klatki, którą dla nas zaprojektowali. Pozwalając im na posługiwanie się szyldem „obrony życia”, oddajemy im moralne i strategiczne zwycięstwo na samym starcie debaty.
Nie ma żadnego „pro-life”. Jest pro-force. Nie ma „obrońców życia”. Są radykalni zwolennicy państwowego przymusu.
Słowa to nie tylko ozdobniki – to architektura władzy. Dlatego musimy się nauczyć używać ich z większą starannością. Pamiętajmy, że nazwanie to ostatni etap poznania. Więc nazywajmy rzeczy takimi, jakimi faktycznie są. A nie takimi jakimi chcą je widzieć "zwolennicy przymusu".
Komentarze
Prześlij komentarz