Przejdź do głównej zawartości

Posty

O języku śląskim słów kilka

I znowu nie bardzo wiem od czego zacząć, gdyż temat zawarty w tytule jest dla mnie i bardzo osobisty i prywatny i bardzo emocjonalny. Nie da się ukryć, że nawet w mojej rodzinie Ślązaków, a nawet Chorzowian z dziada pradziada, w której żyłach płynie krew Pierwszych Ludzi (z Chorzowa) istnieje wiele sprzecznych głosów w tej sprawie. Czym tak na dobrą sprawę jest ten język, którym posługują się ludzie mieszkający na terenie górnośląskiej części Metropolii Górnośląsko-Zagłębiowskiej? Już w jednym z postów pisałam, że nawet mnie samej, jako magistrowi (który przeciwko magistrzyni na przykład nie miałby nic przeciwko) filologii polskiej ciężko jest jednoznacznie wypowiedzieć się po jednej ze stron konfliktu. No bo nie da się ukryć, że sposób w jaki wypowiadają się (niestety w przeważającej części) starsi mieszkańcy tego regionu, znacznie odbiega od polskiego języka literackiego. I wydaje mi się, że każdy Polak szczycący się posiadaniem wykształcenia średniego, obojętnie czy z matur...

Grzeczne dziewczynki nigdy nie istniały

Tak się cały czas zastanawiam czy powyższy obrazek jest dobrą ilustracją wiwisekcji, którą tym razem zamierzam przeprowadzić. W sumie chciałam  napisać trochę o serialu Kari Skogland i Stephena Frearsa, ale co mi z tego wyjdzie, okaże się, jak zwykle, na końcu. Zacznijmy może od słów Marka Edelmana, ostatniego przywódcy powstania w getcie warszawskim, który powiedział: Musimy uczyć w szkołach, w przedszkolach, na uniwersytetach, że zło jest złem, że nienawiść jest złem i że miłość jest obowiązkiem. Musimy walczyć ze złem tak, żeby ten, który czyni zło, zrozumiał, że nie będzie dla niego litości (Marek Edelman,  I była miłość w getcie , Świat Książki, Warszawa 2009, s. 26.) W ogóle się z tym nie zgadzam. Definicje dobra i zła są w dzisiejszych czasach tak rozmyte, a pojęcia, które wyrażają, są tak wyświechtane, że samo stwierdzenie, że ktoś jest dobry albo zły, nie mówi nic o tym człowieku. Niech będzie, że jestem lewakiem, który relatywizuje podstawowe pojęcia etycz...

10 rzeczy, które powiedziałabym osiemnastoletniej sobie.

Właśnie obejrzałam na Youtube filmik Joli Szymańskiej pod tytułem "10 dziwnych faktów o dorosłości" i tak właśnie wracam wspomnieniami w przeszłość i myślę o tym o ile moje życie byłoby łatwiejsze, gdyby ktoś mi podarował wtedy kartkę urodzinową z 10 przykazaniami dla dorosłego człowieka, którym właśnie według prawa się wtedy stałam. Zaznaczam, że musiałaby to być kartka dla dorosłego człowieka, którym ja wtedy byłam. Niekoniecznie dla każdego. Ale dla kogoś z moim charakterem, temperamentem i kompleksami na pewno. Więc napiszę 10 przykazań dla dorosłej mnie. Może gdzieś, kiedyś przypadkiem, trafią one na osiemnastolatkę z moim charakterem, temperamentem i kompleksami i dzięki temu czyjeś dorosłe życie stanie się łatwiejsze. W każdym razie, bądź co bądź, chciałabym żeby tak się stało. Ale po kolei. 1. Nikt nie uwierzy w to, że nie cierpisz swojego dużego biustu, który wbrew Tobie zwraca powszechną uwagę. To, że nie chcesz go eksponować i najchętniej, gdybyś mogła, sc...

VAT dla opornych - czyli jak tryskam żółcią, kiedy nikt nie widzi...

No więc zacznijmy od tego, że już od dawna nie pracuję w korporacji. Z prawdziwą ulgą bezsensowne procesy i mapki, tworzone chyba dla samej idei wykazywania się, jako "wykazywania się" zmieniłam na "prawdziwe" przepisy "prawdziwych" ustaw i "prawdziwe" wytyczne "prawdziwych" urzędników. Bezsensowne ustalenia z klientem, na wzorcowy plan kont, a szkolenia pokazujące na kolejnych slajdach poszczególne składniki faktury i dokładnie omawiające ich znaczenie, na rozporządzenie ministra finansów. Jak jednak wiadomo, każdy kij ma dwa końce i w każdej pracy, nawet tej wymarzonej, znajdą się jakieś rzeczy nie do przejścia. I w mojej nowej pracy głównym problemem są klienci i ich firmy, a raczej brak elementarnej wiedzy tych klientów na temat  funkcjonowania ich firm. Gdybym posiadała własną firmę, zależałoby mi na tym, żeby była ona w dobrej kondycji finansowej. Żeby uważano mnie za profesjonalistę. Tymczasem niektórym z tych moich klie...

Rękopis znaleziony w starych dokumentach

Mój dziadek drugi od prawej.  Zabawne jakie rzeczy można znaleźć wśród starych szpargałów, do których nikt normalny nie przywiązuje żadnej wagi. Można znaleźć na przykład taki kawalerski krzyż odrodzenia Polski. Niby nic nadzwyczajnego, bo przecież górnikom nadawano takie odznaczenia zawsze po 30 latach pracy i dlatego nazywany był orderem chlebowym, z racji tego że dawał on prawo do specjalnych dodatków do emerytury. Nie zmienia to jednak faktu, że moja babcia, kiedy mój dziadek przyniósł ten krzyż, wzniosła podobno oczy do nieba wzdychając: "Kolejny krzyż. A coś do tego dostałeś jeszcze?", na co mój dziadek odparł z zadowoleniem "Dyplom", nie rozumiejąc pewnie w ogóle nastawienia babci. No ale co jeszcze można znaleźć w takich szpargałach. Można znaleźć jeszcze świadectwa szkolne dziadków, które raczej nie odznaczały się wybitnymi osiągnięciami, co jednak nie przeszkodziło dziadkom w zrobieniu kariery zawodowej. Można znaleźć również świadectwa różnych dz...

Amerykański cukiereczek

Hmm... To już ostatni dzień tego roku i jak widać, mimo noworocznego postanowienia, natchnienie całkowicie mnie opuściło. Nie da się ukryć, że spory wpływ na to miało kilka bardzo smutnych wydarzeń w tym roku. Ale nie będę teraz się uzewnętrzniać. Może następnym razem. Tym razem będzie o amerykańskim śnie,  który legł w gruzach.  Jest wiele filmów, opowiadających o wolności, której metaforą jest podróż przez Stany Zjednoczone. Myślę, że początek temu dała powieść Jacka Kerouaca "W drodze", biblia bitników, o której już chyba pisałam jakiś czas temu, że gdybym przeczytała ją przed trzydziestką, z pewnością zrobiłaby na mnie dużo większe wrażenie. No ale przeczytałam ją trochę później i już tak wielkiego wrażenia nie zrobiła. Co nie zmienia faktu, że marzenia o zbuntowanej podróży przez Stany Zjednoczone pozostały. Może kiedyś się spełnią. Nie wiem. Pamiętam jednak jak pracując w pewnej niemieckiej firmie i mając kontakt z jej niemieckimi pracownikami, pe...

O moim filmowym malkontenctwie słów kilka

Czyli innymi słowy, dlaczego nie podobał mi się "Najlepszy" Łukasza Palkowskiego. Często mi się zdarza, że rozbiegam się w osądach z większością krytyków, recenzentów filmowych czy też zwyczajnie z większością ogółu i nie raz, nie dwa, miałam już wrażenie, że chyba jednak oglądałam zupełnie inny film. Tak było na przykład z "Into the wild" Seana Penna, tak było z "Destrukcją" Jean-Marca Vallee i tak też było z "Toni Erdmann", a nawet z "Idą". A jak jest z "Najlepszym" w takim razie? Jest taka scena w tym filmie, którą wszyscy się zachwycają. A mianowicie scena w samochodzie, w której Janusz Gajos, grający Marka Kotańskiego, przekonuje Jerzego Górskiego, że wyjście z nałogu to nie jest takie "hop-siup", że żeby wyjść z tej choroby musi być (i tu używa słów, od których chyba wziął się tytuł filmu) najlepszy. I tak. Jest to subtelność szyta bardzo grubymi nićmi, która bardzo mi przeszkadzała w odbiorze tego ...