Przejdź do głównej zawartości

O moim filmowym malkontenctwie słów kilka



Czyli innymi słowy, dlaczego nie podobał mi się "Najlepszy" Łukasza Palkowskiego.

Często mi się zdarza, że rozbiegam się w osądach z większością krytyków, recenzentów filmowych czy też zwyczajnie z większością ogółu i nie raz, nie dwa, miałam już wrażenie, że chyba jednak oglądałam zupełnie inny film. Tak było na przykład z "Into the wild" Seana Penna, tak było z "Destrukcją" Jean-Marca Vallee i tak też było z "Toni Erdmann", a nawet z "Idą".

A jak jest z "Najlepszym" w takim razie?

Jest taka scena w tym filmie, którą wszyscy się zachwycają. A mianowicie scena w samochodzie, w której Janusz Gajos, grający Marka Kotańskiego, przekonuje Jerzego Górskiego, że wyjście z nałogu to nie jest takie "hop-siup", że żeby wyjść z tej choroby musi być (i tu używa słów, od których chyba wziął się tytuł filmu) najlepszy.

I tak. Jest to subtelność szyta bardzo grubymi nićmi, która bardzo mi przeszkadzała w odbiorze tego filmu.

Już nawet mało subtelna charakteryzacja narkomanów ze squatu nie razi tak bardzo jak to nachalne wyciąganie Górskiego ku tej "najlepszości".

A mógł to być zupełnie inny film.

Początkowe sceny przypominają narkotyczne wizje z "Trainspotting" i cały czas zastanawiam się, dlaczego Palkowski nie poszedł bardziej w tę stronę.

Czasami mam wrażenie, że Polacy mają problem z amerykańskimi filmami. Wszyscy doskonale znają schematy fabularne, za pomocą których budowana jest historia "od zera do bohatera". Wszyscy też doskonale widzą chwyty, za pomocą których w takich filmach budowany jest niepokój, wzruszenie czy też każda inna emocja. Na czym polega jednak ten fenomen, że w amerykańskich filmach to działa, a w polskich, a przynajmniej w przypadku "Najlepszego", nie?

Ktoś powie, że chodzi o język. Że w przypadku filmów, w których doskonale rozumiemy, co wypowiadają aktorzy, jesteśmy zwyczajnie bardziej krytyczni. Spójrzmy na amerykańskie piosenki o niczym, które przetłumaczone na język polski już nie brzmią tak fajnie, jak po angielsku.

Mnie jednak wydaje się, że chodzi tu raczej o sposób filmowania. Może mimo wszystko "Najlepszy" jest filmem zbyt schematycznym. Od początku wiemy, jak skończy się ta historia, więc przekonywanie głównego bohatera przez drugi plan do udowadniania na każdym kroku swojego heroizmu, wzbudza jednak uśmiech politowania zamiast podziwu.

W roku 2000 na ekrany kin weszły dwa filmy o imperium rzymskim. "Gladiator" i "Quo vadis". I zasadniczą sprawą, która moim zdaniem wtedy zdecydowanie odróżniała te filmy, był sposób sfilmowania walk gladiatorów i chrześcijan na arenie.

Każde wyjście Maximusa na arenę, poprzedzone było ujęciem samego koloseum, które ukazywało jego ogrom i jednocześnie nikłość Maximusa wobec niego. Tymczasem w "Quo vadis" sceny tortur na arenie koloseum filmowane były jednym ciągiem.

Ok. Może faktycznie jestem "zepsuta" tymi "amerykańskimi" ujęciami i niezdolna jestem dostrzec wartości  w skromności, jak to już nie raz słyszałam. Ale jednak czy nie właśnie na tych robiących wrażenie ujęciach (pomijając oczywiście fakt, że ogólnie "Quo vadis" Kawalerowicza, to słaby film i że przeboleć nie mogę, że tak cudowna książka nie doczekała się wtedy godnej jej ekranizacji)  polega sztuka filmowa?

Cały czas słyszę o tym, że twórcy wzorowali się na filmie "Rocky". Oglądałam ten film dawno, dawno temu, ale i tak pamiętam, że zrobił na mnie wtedy kolosalne wrażenie, głównie dlatego, że twórcy skupili się nie tyle na drodze, którą Rocky pokonuje ażeby stoczyć końcową walkę, ile na tym ażeby pokazać, że Rocky to tak naprawdę prosty człowiek, który porywa się z motyką na słońce.

Dlatego też żałuję, że sceny z młodości Jerzego Górskiego, jak i jego rozmowy z samym sobą nie zostały przedstawione w bardziej psychodeliczny sposób. Przecież końcowa scena, w której stacza walkę z samym sobą (która akurat mi się bardzo podoba), wygląda jakby była żywcem wyjęta z "Fight Clubu", co nie jest wcale ujmą ani dla "Fight Clubu" ani też dla "Najlepszego".

Żeby było jasne. Nie uważam, że jest to zły film. Wręcz przeciwnie. To co Jakub Gierszał wyprawia, żeby uratować zbyt schematyczne, a może nawet kiczowate sceny budzi zachwyt. Ale jednak szkoda, że nie zostało to trochę inaczej sfilmowane.

I mimo tytułu, nie piszę tego ażeby doszukiwać się jakichś uchybień, ale być może dzięki temu ktoś w przyszłości, zamiast opierać się na sprawdzonych schematach, pójdzie o krok dalej, tworząc w ten sposób film wybitny, wyrastający poza wszelkie schematy fabularne.







Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Na co komu ta księgowa?

Specjalnie posłużyłam się powyższym obrazkiem, gdyż  większości "korpoksięgowych" czy może raczej "ekauntantów" taki obrazek wydaje się widokiem z obcej planety. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ "księgowość" większości takich osób wydaje się wprowadzaniem danych do systemu. Oczywiście danych zaciąganych automatycznie z ekselowskich plików lub też podawanych w mejlach od "biznesu". Skąd te dane "biznes" bierze? To raczej mało istotne. Istotne jest aby były one przekazane do systemu w wymagany  procedurą, ustalony i zatwierdzony przez "menedżerów" sposób. Oczywiście odpowiednio sformatowany i odpowiednio opisany. Do czego ma to służyć, skąd się wzięło i w jaki sposób powinno to zostać zinterpretowane, to już takich "korpoksięgowych" nie obchodzi, bo też rzadko kiedy takie rzeczy wiedzą. Najważniejsza jest przecież szybkość i sprawnie opanowany excel. Kiedy takie "korpoludki" jadą na  "tranzyszy...

U źródeł wielkiej huty

Kiedy 24 czerwca  w 1257, roku Książę Opola i Raciborza, Władysław, nadawał Bożogrobcom na zagospodarowanie wieś Chorzów, pewnie nie podejrzewał jakie skarby kryją się pod jego stopami. Nie podejrzewał też pewnie, że skarby te za kilkaset lat spowodują nagły wzrost gospodarczy tej wioski, która w czasie jej nadawania była według źródeł historycznych zniszczona po najeździe tatarskim, a do zadań Bożogrobców należało między innymi jej odbudowanie. Ponieważ jedną z podstawowych reguł zakonu była pomoc chorym, we wsi założono szpital, który następnie przeniesiono do Bytomia. Jednakże chorzowscy proboszczowie nadal byli przeorami szpitala św. Ducha. Bożogrobcy działali we wsi Chorzów aż do 1817 roku, kiedy po kasacji klasztorów przez Fryderyka Wilhelma II, kościół w Chorzowie zostaje przejęty przez proboszcza świeckiego Józefa Bedera. Pamiętam jeszcze, że w szkole uczono mnie, że Chorzów, jako Królewska Huta, prawa miejskie zyskał w 1922 roku, czyli w momencie przyłączenia go ...

Rękopis znaleziony w starych dokumentach

Mój dziadek drugi od prawej.  Zabawne jakie rzeczy można znaleźć wśród starych szpargałów, do których nikt normalny nie przywiązuje żadnej wagi. Można znaleźć na przykład taki kawalerski krzyż odrodzenia Polski. Niby nic nadzwyczajnego, bo przecież górnikom nadawano takie odznaczenia zawsze po 30 latach pracy i dlatego nazywany był orderem chlebowym, z racji tego że dawał on prawo do specjalnych dodatków do emerytury. Nie zmienia to jednak faktu, że moja babcia, kiedy mój dziadek przyniósł ten krzyż, wzniosła podobno oczy do nieba wzdychając: "Kolejny krzyż. A coś do tego dostałeś jeszcze?", na co mój dziadek odparł z zadowoleniem "Dyplom", nie rozumiejąc pewnie w ogóle nastawienia babci. No ale co jeszcze można znaleźć w takich szpargałach. Można znaleźć jeszcze świadectwa szkolne dziadków, które raczej nie odznaczały się wybitnymi osiągnięciami, co jednak nie przeszkodziło dziadkom w zrobieniu kariery zawodowej. Można znaleźć również świadectwa różnych dz...