Przejdź do głównej zawartości

Posty

10 rzeczy, które powiedziałabym osiemnastoletniej sobie.

Właśnie obejrzałam na Youtube filmik Joli Szymańskiej pod tytułem "10 dziwnych faktów o dorosłości" i tak właśnie wracam wspomnieniami w przeszłość i myślę o tym o ile moje życie byłoby łatwiejsze, gdyby ktoś mi podarował wtedy kartkę urodzinową z 10 przykazaniami dla dorosłego człowieka, którym właśnie według prawa się wtedy stałam. Zaznaczam, że musiałaby to być kartka dla dorosłego człowieka, którym ja wtedy byłam. Niekoniecznie dla każdego. Ale dla kogoś z moim charakterem, temperamentem i kompleksami na pewno. Więc napiszę 10 przykazań dla dorosłej mnie. Może gdzieś, kiedyś przypadkiem, trafią one na osiemnastolatkę z moim charakterem, temperamentem i kompleksami i dzięki temu czyjeś dorosłe życie stanie się łatwiejsze. W każdym razie, bądź co bądź, chciałabym żeby tak się stało. Ale po kolei. 1. Nikt nie uwierzy w to, że nie cierpisz swojego dużego biustu, który wbrew Tobie zwraca powszechną uwagę. To, że nie chcesz go eksponować i najchętniej, gdybyś mogła, sc...

VAT dla opornych - czyli jak tryskam żółcią, kiedy nikt nie widzi...

No więc zacznijmy od tego, że już od dawna nie pracuję w korporacji. Z prawdziwą ulgą bezsensowne procesy i mapki, tworzone chyba dla samej idei wykazywania się, jako "wykazywania się" zmieniłam na "prawdziwe" przepisy "prawdziwych" ustaw i "prawdziwe" wytyczne "prawdziwych" urzędników. Bezsensowne ustalenia z klientem, na wzorcowy plan kont, a szkolenia pokazujące na kolejnych slajdach poszczególne składniki faktury i dokładnie omawiające ich znaczenie, na rozporządzenie ministra finansów. Jak jednak wiadomo, każdy kij ma dwa końce i w każdej pracy, nawet tej wymarzonej, znajdą się jakieś rzeczy nie do przejścia. I w mojej nowej pracy głównym problemem są klienci i ich firmy, a raczej brak elementarnej wiedzy tych klientów na temat  funkcjonowania ich firm. Gdybym posiadała własną firmę, zależałoby mi na tym, żeby była ona w dobrej kondycji finansowej. Żeby uważano mnie za profesjonalistę. Tymczasem niektórym z tych moich klie...

Rękopis znaleziony w starych dokumentach

Mój dziadek drugi od prawej.  Zabawne jakie rzeczy można znaleźć wśród starych szpargałów, do których nikt normalny nie przywiązuje żadnej wagi. Można znaleźć na przykład taki kawalerski krzyż odrodzenia Polski. Niby nic nadzwyczajnego, bo przecież górnikom nadawano takie odznaczenia zawsze po 30 latach pracy i dlatego nazywany był orderem chlebowym, z racji tego że dawał on prawo do specjalnych dodatków do emerytury. Nie zmienia to jednak faktu, że moja babcia, kiedy mój dziadek przyniósł ten krzyż, wzniosła podobno oczy do nieba wzdychając: "Kolejny krzyż. A coś do tego dostałeś jeszcze?", na co mój dziadek odparł z zadowoleniem "Dyplom", nie rozumiejąc pewnie w ogóle nastawienia babci. No ale co jeszcze można znaleźć w takich szpargałach. Można znaleźć jeszcze świadectwa szkolne dziadków, które raczej nie odznaczały się wybitnymi osiągnięciami, co jednak nie przeszkodziło dziadkom w zrobieniu kariery zawodowej. Można znaleźć również świadectwa różnych dz...

Amerykański cukiereczek

Hmm... To już ostatni dzień tego roku i jak widać, mimo noworocznego postanowienia, natchnienie całkowicie mnie opuściło. Nie da się ukryć, że spory wpływ na to miało kilka bardzo smutnych wydarzeń w tym roku. Ale nie będę teraz się uzewnętrzniać. Może następnym razem. Tym razem będzie o amerykańskim śnie,  który legł w gruzach.  Jest wiele filmów, opowiadających o wolności, której metaforą jest podróż przez Stany Zjednoczone. Myślę, że początek temu dała powieść Jacka Kerouaca "W drodze", biblia bitników, o której już chyba pisałam jakiś czas temu, że gdybym przeczytała ją przed trzydziestką, z pewnością zrobiłaby na mnie dużo większe wrażenie. No ale przeczytałam ją trochę później i już tak wielkiego wrażenia nie zrobiła. Co nie zmienia faktu, że marzenia o zbuntowanej podróży przez Stany Zjednoczone pozostały. Może kiedyś się spełnią. Nie wiem. Pamiętam jednak jak pracując w pewnej niemieckiej firmie i mając kontakt z jej niemieckimi pracownikami, pe...

O moim filmowym malkontenctwie słów kilka

Czyli innymi słowy, dlaczego nie podobał mi się "Najlepszy" Łukasza Palkowskiego. Często mi się zdarza, że rozbiegam się w osądach z większością krytyków, recenzentów filmowych czy też zwyczajnie z większością ogółu i nie raz, nie dwa, miałam już wrażenie, że chyba jednak oglądałam zupełnie inny film. Tak było na przykład z "Into the wild" Seana Penna, tak było z "Destrukcją" Jean-Marca Vallee i tak też było z "Toni Erdmann", a nawet z "Idą". A jak jest z "Najlepszym" w takim razie? Jest taka scena w tym filmie, którą wszyscy się zachwycają. A mianowicie scena w samochodzie, w której Janusz Gajos, grający Marka Kotańskiego, przekonuje Jerzego Górskiego, że wyjście z nałogu to nie jest takie "hop-siup", że żeby wyjść z tej choroby musi być (i tu używa słów, od których chyba wziął się tytuł filmu) najlepszy. I tak. Jest to subtelność szyta bardzo grubymi nićmi, która bardzo mi przeszkadzała w odbiorze tego ...

U źródeł wielkiej huty

Kiedy 24 czerwca  w 1257, roku Książę Opola i Raciborza, Władysław, nadawał Bożogrobcom na zagospodarowanie wieś Chorzów, pewnie nie podejrzewał jakie skarby kryją się pod jego stopami. Nie podejrzewał też pewnie, że skarby te za kilkaset lat spowodują nagły wzrost gospodarczy tej wioski, która w czasie jej nadawania była według źródeł historycznych zniszczona po najeździe tatarskim, a do zadań Bożogrobców należało między innymi jej odbudowanie. Ponieważ jedną z podstawowych reguł zakonu była pomoc chorym, we wsi założono szpital, który następnie przeniesiono do Bytomia. Jednakże chorzowscy proboszczowie nadal byli przeorami szpitala św. Ducha. Bożogrobcy działali we wsi Chorzów aż do 1817 roku, kiedy po kasacji klasztorów przez Fryderyka Wilhelma II, kościół w Chorzowie zostaje przejęty przez proboszcza świeckiego Józefa Bedera. Pamiętam jeszcze, że w szkole uczono mnie, że Chorzów, jako Królewska Huta, prawa miejskie zyskał w 1922 roku, czyli w momencie przyłączenia go ...

Nie zadzieraj z nieukiem, który nie skończył nawet trzech klas podstawówki...

Piętnaście lat temu cierpiałam na fobię przed publicznymi wystąpieniami. Nie tyle była to trema, ile właściwie już klasyczna glassofobia. Kiedy na czwartym roku, w ramach retoryki, mieliśmy wygłosić samodzielnie napisane przez nas przemówienie, na wybrany samodzielnie przez nas temat, ja, o dziwo (chociaż, znając moje szczęście do wpadek wszelakich, było to łatwe do przewidzenia), dostałam jakiejś paskudnej grypy. Nie dość, że w głowie miałam totalną pustkę (na całe moje szczęście przemówienie można było odczytać z kartki), nie dość że cały mój organizm przeszywał paraliżujący strach, powodujący zaciśnięcie wszystkich mięśni (nawet tych, o których istnieniu nie miałam pojęcia), to jeszcze ten paskudny katar i kaszel, objawiający się albo chrząknięciem, albo kaszlnięciem tudzież pociągnięciem w każdym, rzecz jasna najmniej do tego stosownym miejscu. Przemówienie każdego studenta nagrywane było na nośnik, z którego potem odtwarzane było po raz drugi, tak aby każdy mógł jeszcze r...