Przejdź do głównej zawartości

Nowy projekt: Dom. O tym, jak przestać meblować cudze pokoje


Zdarzyło Wam się kiedyś pracować w zespole, w którym każdy uważał, że jego metoda zarządzania projektem jest jedyną słuszną, a projekt wspólnego wyjścia integracyjnego kończył się awanturą o to, czy iść na strzelnicę czy na malowanie przy winie? Wszyscy znamy to zmęczenie, kiedy zamiast dowozić tematy, tracimy energię na udowadnianie sobie nawzajem, kto ma większe prawo do zabierania głosu.

A teraz wyjdźmy z pracy i spójrzmy szerzej. Na nasz kraj.

Od lat w przestrzeni publicznej dominuje jeden wielki, męczący komunikat: „Drogie Polki, Drodzy Polacy”. Piękne, historyczne, podniosłe. Ale też... niesamowicie ciasne. Rezerwuje prawo do współdecydowania tylko dla tych, którzy mają odpowiedni kod genetyczny lub paszport z orzełkiem. Stawia grubą kreskę między „nami” a „nimi”.

A gdybyśmy tak, wzorem dobrych, systemowych rozwiązań, zmienili tę ramę? Gdybyśmy zamiast o narodzie, zaczęli mówić o Mieszkańcach naszego pięknego kraju?

Różnica jest subtelna, ale zmienia absolutnie wszystko.

Rodziny się nie wybiera. Ale dom – tak.

Urodzenie się w konkretnym miejscu na ziemi to czysty przypadek biologiczny i geograficzny. Loteria. To ta rodzina, na którą nie mieliśmy wpływu. Ale decyzja, żeby w tym kraju zostać, zapuścić korzenie, płacić podatki, pracować, wychowywać dzieci albo przyjechać tu z innego końca świata i zacząć od nowa – to jest świadomy akt woli. To wybór.

Kiedy zmieniamy język i zaczynamy mówić do Mieszkańców, zdejmujemy z debaty ten nieznośny, polaryzujący ton pod tytułem „kto jest bardziej godny”. Tworzymy wspólnotę opartą na teraźniejszości i przyszłości, a nie na licytowaniu się zasługami z przeszłości. Traktujemy ludzi podmiotowo. Skoro wybrali to miejsce na swój dom, to znaczy, że są za nie odpowiedzialni.

Tylko jak zarządzać takim „domem”, żeby nie oszaleć i nie pozabijać się przy pierwszym wspólnym remoncie?

Zasada jest prosta i wywodzi się z najzdrowszych praktyk zarządzania relacjami: musimy zacząć szanować własne i cudze granice.

Nie mebluj mi pokoju bez pytania

Dobry dom to nie taki, w którym wszyscy jedzą to samo na obiad, słuchają tej samej muzyki i mają identyczne poglądy na politykę. Dobry dom to taki, w którym każdy ma swój bezpieczny pokój, do którego nikt nie wchodzi w butach.

Chodzi o to, żebyśmy po prostu nie wchodzili sobie w drogę.

  • Ty masz prawo urządzić swoją przestrzeń po swojemu, a ja swoją po swojemu.
  • Ja nie narzucam Ci mojej wizji świata, a Ty nie próbujesz meblować mojego życia według własnego widzimisię.

Brzmi jak absolutne minimum? Być może. Ale w praktyce to najwyższy poziom dojrzałości społecznej. To zgoda na koegzystencję. Na to, że możemy żyć obok siebie, diametralnie się różniąc, ale nie czując z tego powodu zagrożenia.

Święty spokój i zasady współżycia społecznego

Żeby ta wizja nie zamieniła się w chłodny, znieczulony indywidualizm, gdzie każdy zamyka się w swoim pokoju i ma wszystko gdzieś, potrzebujemy jednego, kluczowego spoiwa. Jest nim głęboki szacunek dla zasad współżycia społecznego.

W prawie to sucha klauzula generalna. W codziennym życiu – fundament kultury. To ta prosta, niepisana umowa, która mówi: moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka.

  • Nie hałasuję po nocach, bo szanuję Twój sen.
  • Nie parkuję na trawniku, bo szanuję naszą wspólną zieleń.
  • Przedsiębiorca prowadzi biznes, ale płaci uczciwe podatki na bezpłatną edukację, ochronę i służbę zdrowia wszystkich mieszkańców tego kraju.
  • Pracownik uczciwie wykonuje swoją pracę, za którą otrzymuje wynagrodzenie, pozwalające utrzymać wszystkich jego domowników.
  • Posiadacz psa sprząta po swoim czworonogu, bo przestrzeń publiczna należy do nas wszystkich.

To jest proste lekarstwo na codzienne, drobne cwaniactwo i egoizm, które zatruwają nam krew o wiele bardziej niż wielka polityka na ekranach telewizorów. Szacunek dla zasad współżycia społecznego to nic innego jak dbanie o wspólny korytarz i ogród w naszym domu.

Czas na nowy proces

Ludzie w naszym kraju są potwornie zmęczeni wieczną wojną podjazdową i próbami przesuwania granic siłą. Tęsknimy za świętym spokojem, bezpieczeństwem i przewidywalnością.

Może więc czas najwyższy, abyśmy w naszych lokalnych społecznościach, w naszych miastach i w całym kraju, zaczęli wdrażać tę nową narrację?

Jesteśmy mieszkańcami jednego, pięknego domu. Nie musimy się kochać, nie musimy być identyczni. Ale musimy się szanować, nie wchodzić sobie w drogę i pilnować wspólnych zasad. Tylko tyle i aż tyle.

A jak to wygląda z Waszej perspektywy? Jakie „zasady współżycia społecznego” są dla Was absolutnym fundamentem, którego w Waszym otoczeniu najbardziej chronicie?

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Na co komu ta księgowa?

Specjalnie posłużyłam się powyższym obrazkiem, gdyż  większości "korpoksięgowych" czy może raczej "ekauntantów" taki obrazek wydaje się widokiem z obcej planety. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ "księgowość" większości takich osób wydaje się wprowadzaniem danych do systemu. Oczywiście danych zaciąganych automatycznie z ekselowskich plików lub też podawanych w mejlach od "biznesu". Skąd te dane "biznes" bierze? To raczej mało istotne. Istotne jest aby były one przekazane do systemu w wymagany  procedurą, ustalony i zatwierdzony przez "menedżerów" sposób. Oczywiście odpowiednio sformatowany i odpowiednio opisany. Do czego ma to służyć, skąd się wzięło i w jaki sposób powinno to zostać zinterpretowane, to już takich "korpoksięgowych" nie obchodzi, bo też rzadko kiedy takie rzeczy wiedzą. Najważniejsza jest przecież szybkość i sprawnie opanowany excel. Kiedy takie "korpoludki" jadą na  "tranzyszy...

U źródeł wielkiej huty

Kiedy 24 czerwca  w 1257, roku Książę Opola i Raciborza, Władysław, nadawał Bożogrobcom na zagospodarowanie wieś Chorzów, pewnie nie podejrzewał jakie skarby kryją się pod jego stopami. Nie podejrzewał też pewnie, że skarby te za kilkaset lat spowodują nagły wzrost gospodarczy tej wioski, która w czasie jej nadawania była według źródeł historycznych zniszczona po najeździe tatarskim, a do zadań Bożogrobców należało między innymi jej odbudowanie. Ponieważ jedną z podstawowych reguł zakonu była pomoc chorym, we wsi założono szpital, który następnie przeniesiono do Bytomia. Jednakże chorzowscy proboszczowie nadal byli przeorami szpitala św. Ducha. Bożogrobcy działali we wsi Chorzów aż do 1817 roku, kiedy po kasacji klasztorów przez Fryderyka Wilhelma II, kościół w Chorzowie zostaje przejęty przez proboszcza świeckiego Józefa Bedera. Pamiętam jeszcze, że w szkole uczono mnie, że Chorzów, jako Królewska Huta, prawa miejskie zyskał w 1922 roku, czyli w momencie przyłączenia go ...

Sztuka obiecywania

  Moi drodzy. Zauważyłam, że większość osób aktywnych w komentarzach dotyczących polityki w Chorzowie, zainteresowała się nią dopiero koło 2023 roku. Tymczasem sytuacja, która ma miejsce dzisiaj, zaczęła się wiele lat temu. Jak wiecie bardzo lubię zajmować się  wiwisekcjami różnych narracji, w związku z czym, tym razem na warsztat biorę obietnice dotyczące wybudowania stadionu Ruchu Chorzów.  Cofnijmy się zatem w czasie do roku 2016, kiedy to gruchnęła wieść, że ówczesny prezes klubu, Dariusz Smagorowicz, zaciągał wysoko oprocentowane pożyczki na regulację bieżących zobowiązań. Pożyczki te doprowadziły do narastającej spirali długów, która z kolei spowodowała, że Pan Smagorowicz postawił Miastu Chorzów, wtedy jeszcze reprezentowanemu przez Andrzeja Kotalę ultimatum, że albo Miasto da klubowi 18 milionów złotych, albo klub upadnie. Po wielu burzliwych dyskusjach, Miasto zgodziło się na jej udzielenie. W tym samym czasie okazuje się jednak, że prezes Smagorowicz w dokumenta...