Odpowiedź jest banalnie prosta. Bo szkodzi młodym umysłom! A na zdjęciu główny szkodnik, który jak wszyscy inni szkodnicy nie mogąc wziąć udziału w powstaniu listopadowym, napisał sobie usprawiedliwienie pod tytułem "Dziady część III"!
Nareszcie nastąpiła ta cudowna chwila, kiedy jako dyplomowany magister filologii polskiej mogę się wyżyć na znienawidzonej przeze mnie epoce literackiej, na której od podstawówki wymagano uczenia się Pana Tadeusza na pamięć. Moja polonistka uważała, że skoro ona zna to na pamięć (bo od trzydziestu lat uczyła tego samego), to znaczy że czternastolatkowie też muszą.
Może zacznijmy od tego czym jest romantyzm w literaturze światowej. A mianowicie jest to odwrót od wzorców klasycznych, które promowane były w antyku, w stronę legend północy i Szekspira. Poeci romantyczni od wzorców klasycznych woleli północne legendy o duchach i upiorach. Zamiast szukać inspiracji w antyku, szukali jej w podaniach ludowych. Z tych właśnie czasów wywodzą się baśnie Braci Grimm o Kopciuszku, Jasiu i Małgosi, Śpiącej Królewnie czy też Królewnie Śnieżce.
Jednakże głównymi postaciami epoki romantyzmu na świecie byli Johann Wolfgang von Goethe i George Byron.
Pierwszy z nich był twórcą słynnego utworu jak Faust, który stał się dla romantyzmu ostatecznym manifestem buntu przeciwko oświeceniowemu racjonalizmowi, dając epoce archetyp bohatera zdefiniowanego przez Streben – czyli wieczne, nienasycone dążenie do przekraczania wszelkich granic ludzkiego poznania oraz Cierpienia młodego Wertera, który moim zdaniem dla Goethego był dokładnie tym samym, co Smells like teen spirit dla Kurta Cobaina. Oboje napisali swoje utwory po to by obśmiać swoich rówieśników, a niestety ich rówieśnicy zrozumieli ich intencje zupełnie opacznie. Cobain w Teen Spirit śpiewa cyniczne: „Oto jesteśmy, zabawcie nas / Czuję się głupio i zaraźliwie”, kpiąc z bezmyślnego konsumpcjonizmu młodzieży, która uważa się za zbuntowaną. Z kolei Goethe pisał Wertera z pozycji człowieka, który sam wyleczył się z toksycznej miłości i chciał pokazać, że facet, który zamiast działać, całymi dniami płacze nad potokiem i czyta poezję, po prostu zmierza ku samozagładzie. Goethe traktował Wertera z ogromnym dystansem, wręcz jak kliniczny przypadek emocjonalnej choroby. Fani Nirvany zignorowali ironię, zaczęli kupować flanelowe koszule w sieciówkach i zrobili z antykomercyjnego utworu masowy hit komercyjny, co doprowadzało Cobaina do szału. Czytelnicy Goethego zignorowali moralny upadek Wertera, zaczęli ubierać się w niebieskie fraki i żółte kamizelki, a w Europie wybuchła fala realnych samobójstw (tzw. efekt Wertera). Obaj autorzy stworzyli potwory, nad którymi stracili kontrolę.
Z kolei drugi z nich był żywym wcieleniem bohatera swoich utworów czyli bohatera bajronicznego, wielkiego indywidualisty i buntownika, osoby niezwykle tajemniczej, która często występowała przeciwko powszechnie przyjętym prawom i normom społecznym. Bohater wykreowany przez Byrona pozostawał w konflikcie ze światem, ulegał wielkim namiętnościom, jego życie naznaczone było ogromną miłością, zbrodnią, występkiem, które wywarły wpływ na jego dalsze losy. Bohater ten cierpiał z powodu przeszłości, miał wyrzuty sumienia z powodu popełnionego zła, był nieufny wobec społeczeństwa, co sprawiało, że nie mógł zaznać spokoju i ukojenia. Pamiętajmy jednak, że Byron był lordem, dumnym i wyniosłym członkiem brytyjskiej socjety. Dla niego masowy zachwyt szerokiej publiczności, która kupowała jego poematy tysiącami egzemplarzy, był czymś z natury plebejskim i podejrzanym. Często pisał o swoich czytelnikach jako o „stadzie” lub „motłochu”. Uważał, że nie są oni w stanie zrozumieć prawdziwej wartości jego poezji, a fascynują się jedynie powierzchownym skandalem i mrocznym wizerunkiem, który wokół siebie roztaczał. Zwróćmy jednak uwagę na fakt, że w Grecji Byron jest bohaterem narodowym.
Kiedy Byron przybył do Grecji w 1823 roku, powstanie przeciwko Imperium Osmańskiemu dogorywało z powodu braku funduszy. Poeta nie ograniczył się do moralnego wsparcia. Sprzedał swój majątek w Anglii (Rochdale Manor) i wyłożył z własnej kieszeni kolosalną na tamte czasy sumę 4 tysięcy funtów szterlingów. Za te pieniądze naprawił grecką flotę i opłacił żołnierzy, co uratowało strategiczne, oblężone miasto Missolungi przed turecką blokadą morską. Jednak największym zagrożeniem dla Greków nie byli wtedy Turcy, ale... oni sami. Powstańcy byli potężnie podzieleni na rywalizujące obozy, co groziło wybuchem wojny domowej wewnątrz rewolucji. Byron, dzięki swojemu gigantycznemu międzynarodowemu autorytetowi, stał się jedynym mediatorem, którego słuchały wszystkie strony. Zamiast pisać poezję, spędzał miesiące na politycznych negocjacjach z lokalnymi watażkami, zmuszając ich do odłożenia prywatnych animozji. Zyskał tak wielki szacunek, że Grecy powierzyli mu realne dowództwo nad elitarną brygadą suliotów. Śmierć Byrona była największym sukcesem PR-owym greckiej rewolucji. Wiadomość o tym, że „król romantyków” zmarł za sprawę grecką, zszokowała zachodnie elity i opinię publiczną w Wielkiej Brytanii, Francji oraz Rosji. Ludzie zaczęli wywierać potężny nacisk na swoje rządy, domagając się interwencji wojskowej. To właśnie mit śmierci Byrona bezpośrednio pchnął europejskie mocarstwa do wysłania flot i rozbicia Turków w bitwie pod Navarino, co ostatecznie przypieczętowało niepodległość kraju.
W tym samym czasie żył niejaki Adaś Mickiewicz, który bardzo chciał być jak jego idole. Pisał wierszowane ballady, jednak do Schillera było mu daleko. Prawdy moralne zawarte w drugiej i czwartej części Dziadów, to jakieś płytkie zamulone bajoro w porównaniu z na przykład Faustem Goethego (naprawdę uważał, że dzieci, które nie zaznały znoju życia nie mogły iść do nieba? Albo że dziewczyna, która tylko flirtowała z chłopakami nie chciała się angażować w relacje z nimi, bo chłopcy nie potrafili flirtować i dziewczyna nie chciała brać odpowiedzialności za ich uczucia oznacza, że nie dotknęła ziemi za życia? Sorry, ale u Goethego nawet Faust mógł odkupić swoje winy przez to że pod koniec życia poświęcił się dla dobra ludzi). Albo miłość romantyczna. Ajm sorry wery macz ale od śmiertelnie poważnego Gustawa, to ja już wolę cynicznego Don Juana.
Jednakże najgorsze co się mogło przytrafić naszemu Adasiowi, to chęć zostania takim samym bohaterem jak Byron dla Greków, dla Polaków. Tylko że nasz Adaś nie mógł wesprzeć finansowo rodaków bo był bez kasy. Nie mógł też pogodzić powstańców, bo przecież siłą każdego szlachcica jest wynoszenie się ponad innych (nie ważne czy zasłużenie czy nie - w sumie jeśli niezasłużenie, to znaczy że trzeba się wynosić jeszcze bardziej). No więc co mógł zrobić? Mógł sobie napisać tylko usprawiedliwienie, że nie wziął udziału w powstaniu i nie mógł go wesprzeć, ale cierpi za miliony powstańców, którzy swoje życie oddali ku chwale ojczyzny (facepalm). I przez to usprawiedliwienie, miliony młodych ludzi są święcie przekonani, że mówienie o śmierci za ojczyznę i jak to dobrze jest za nią ginąć, to to samo, co ponoszenie konsekwencji tego czynu. Czyli prawdziwa śmierć.
I tutaj dochodzimy do punktu zwrotnego, który dla centralnej, warszawskocentrycznej narracji bywa całkowicie niepojęty, a który doskonale tłumaczy, dlaczego ten martyrologiczny bełkot tak potężnie zgrzyta na Górnym Śląsku. Ta cała polska, szlachecko-mesjanistyczna matryca „pięknego umierania” i cierpienia za miliony kompletnie rozbija się o śląski etos. Dlaczego? Bo my mamy wgrany zupełnie inny software kulturowy.
Ślązacy też wychowali się na romantyzmie, ale – kurwa mać – nie na polskim! Kiedy w Kongresówce poeci płakali nad kolejnymi straconymi powstaniami i pisali poetyckie zwolnienia z WF-u, tutaj mentalność formował romantyzm zachodni, europejski, a przede wszystkim: plebejski, robotny i bliski ziemi.
Naszym romantykiem był Joseph von Eichendorff z Łubowic, piszący o melancholii wędrowca, tęsknocie i mistycznej naturze, a nie o Polsce jako „Chrystusie narodów”. Śląską wyobraźnię ludową karmiły surowe, mroczne legendy germańskie, baśnie braci Grimm oraz opowieści o Skarbniku czy Utopcach. To były duchy specyficzne – nie żądały krwi na barykadach, nie kazały nikomu ginąć w imię abstrakcyjnych idei. One były pragmatyczne: karały za lenistwo, pychę i oszustwo, a nagradzały za twardą, solidną robotę.
Dla Ślązaka romantyzm nie był geopolityczną histerią, tylko metafizyką codzienności wpisaną w rodzący się krajobraz przemysłowy. W czasie, gdy polscy poeci uciekali w mesjanistyczny obłęd, tutaj Karol Godula budował swoje potężne przemysłowe imperium od zera, a John Baildon stawiał nowoczesne huty. Śląski mental od wieków uczył się czegoś zupełnie odwrotnego niż polskie podręczniki: uczył się, że przetrwać to znaczy budować, trzymać się ziemi, rodziny i twardego konkretu, a nie dawać się rżnąć na barykadach w imię źle zaplanowanych zrywów, z których nic, poza kolejną poetycką traumą, nie wynika.
Wypierdolenie tego polskiego, martyrologicznego smogu z kanonu lektur to nie jest tylko kwestia ulżenia dzieciakom. To kwestia elementarnej uczciwości wobec regionów, które historycznie i mentalnie nigdy nie miały w swojej tożsamości kultu narodowego samobójstwa. Czas najwyższy przestać tresować młode umysły w poczuciu, że największą cnotą jest piękne umieranie dla idei, i zacząć ich uczyć zachodniego, sprawczego romantyzmu – takiego, który zamiast pisać rzewne usprawiedliwienia, potrafił realnie zmieniać świat.

Komentarze
Prześlij komentarz