Przejdź do głównej zawartości

Posty

Rękopis znaleziony w starych dokumentach

Mój dziadek drugi od prawej.  Zabawne jakie rzeczy można znaleźć wśród starych szpargałów, do których nikt normalny nie przywiązuje żadnej wagi. Można znaleźć na przykład taki kawalerski krzyż odrodzenia Polski. Niby nic nadzwyczajnego, bo przecież górnikom nadawano takie odznaczenia zawsze po 30 latach pracy i dlatego nazywany był orderem chlebowym, z racji tego że dawał on prawo do specjalnych dodatków do emerytury. Nie zmienia to jednak faktu, że moja babcia, kiedy mój dziadek przyniósł ten krzyż, wzniosła podobno oczy do nieba wzdychając: "Kolejny krzyż. A coś do tego dostałeś jeszcze?", na co mój dziadek odparł z zadowoleniem "Dyplom", nie rozumiejąc pewnie w ogóle nastawienia babci. No ale co jeszcze można znaleźć w takich szpargałach. Można znaleźć jeszcze świadectwa szkolne dziadków, które raczej nie odznaczały się wybitnymi osiągnięciami, co jednak nie przeszkodziło dziadkom w zrobieniu kariery zawodowej. Można znaleźć również świadectwa różnych dz...

Amerykański cukiereczek

Hmm... To już ostatni dzień tego roku i jak widać, mimo noworocznego postanowienia, natchnienie całkowicie mnie opuściło. Nie da się ukryć, że spory wpływ na to miało kilka bardzo smutnych wydarzeń w tym roku. Ale nie będę teraz się uzewnętrzniać. Może następnym razem. Tym razem będzie o amerykańskim śnie,  który legł w gruzach.  Jest wiele filmów, opowiadających o wolności, której metaforą jest podróż przez Stany Zjednoczone. Myślę, że początek temu dała powieść Jacka Kerouaca "W drodze", biblia bitników, o której już chyba pisałam jakiś czas temu, że gdybym przeczytała ją przed trzydziestką, z pewnością zrobiłaby na mnie dużo większe wrażenie. No ale przeczytałam ją trochę później i już tak wielkiego wrażenia nie zrobiła. Co nie zmienia faktu, że marzenia o zbuntowanej podróży przez Stany Zjednoczone pozostały. Może kiedyś się spełnią. Nie wiem. Pamiętam jednak jak pracując w pewnej niemieckiej firmie i mając kontakt z jej niemieckimi pracownikami, pe...

O moim filmowym malkontenctwie słów kilka

Czyli innymi słowy, dlaczego nie podobał mi się "Najlepszy" Łukasza Palkowskiego. Często mi się zdarza, że rozbiegam się w osądach z większością krytyków, recenzentów filmowych czy też zwyczajnie z większością ogółu i nie raz, nie dwa, miałam już wrażenie, że chyba jednak oglądałam zupełnie inny film. Tak było na przykład z "Into the wild" Seana Penna, tak było z "Destrukcją" Jean-Marca Vallee i tak też było z "Toni Erdmann", a nawet z "Idą". A jak jest z "Najlepszym" w takim razie? Jest taka scena w tym filmie, którą wszyscy się zachwycają. A mianowicie scena w samochodzie, w której Janusz Gajos, grający Marka Kotańskiego, przekonuje Jerzego Górskiego, że wyjście z nałogu to nie jest takie "hop-siup", że żeby wyjść z tej choroby musi być (i tu używa słów, od których chyba wziął się tytuł filmu) najlepszy. I tak. Jest to subtelność szyta bardzo grubymi nićmi, która bardzo mi przeszkadzała w odbiorze tego ...

U źródeł wielkiej huty

Kiedy 24 czerwca  w 1257, roku Książę Opola i Raciborza, Władysław, nadawał Bożogrobcom na zagospodarowanie wieś Chorzów, pewnie nie podejrzewał jakie skarby kryją się pod jego stopami. Nie podejrzewał też pewnie, że skarby te za kilkaset lat spowodują nagły wzrost gospodarczy tej wioski, która w czasie jej nadawania była według źródeł historycznych zniszczona po najeździe tatarskim, a do zadań Bożogrobców należało między innymi jej odbudowanie. Ponieważ jedną z podstawowych reguł zakonu była pomoc chorym, we wsi założono szpital, który następnie przeniesiono do Bytomia. Jednakże chorzowscy proboszczowie nadal byli przeorami szpitala św. Ducha. Bożogrobcy działali we wsi Chorzów aż do 1817 roku, kiedy po kasacji klasztorów przez Fryderyka Wilhelma II, kościół w Chorzowie zostaje przejęty przez proboszcza świeckiego Józefa Bedera. Pamiętam jeszcze, że w szkole uczono mnie, że Chorzów, jako Królewska Huta, prawa miejskie zyskał w 1922 roku, czyli w momencie przyłączenia go ...

Nie zadzieraj z nieukiem, który nie skończył nawet trzech klas podstawówki...

Piętnaście lat temu cierpiałam na fobię przed publicznymi wystąpieniami. Nie tyle była to trema, ile właściwie już klasyczna glassofobia. Kiedy na czwartym roku, w ramach retoryki, mieliśmy wygłosić samodzielnie napisane przez nas przemówienie, na wybrany samodzielnie przez nas temat, ja, o dziwo (chociaż, znając moje szczęście do wpadek wszelakich, było to łatwe do przewidzenia), dostałam jakiejś paskudnej grypy. Nie dość, że w głowie miałam totalną pustkę (na całe moje szczęście przemówienie można było odczytać z kartki), nie dość że cały mój organizm przeszywał paraliżujący strach, powodujący zaciśnięcie wszystkich mięśni (nawet tych, o których istnieniu nie miałam pojęcia), to jeszcze ten paskudny katar i kaszel, objawiający się albo chrząknięciem, albo kaszlnięciem tudzież pociągnięciem w każdym, rzecz jasna najmniej do tego stosownym miejscu. Przemówienie każdego studenta nagrywane było na nośnik, z którego potem odtwarzane było po raz drugi, tak aby każdy mógł jeszcze r...

Czytając "Global Nation. Obrazki z czasów popkultury" kilkanaście lat po pierwszej lekturze

Lubię czasami wracać do książek już przeczytanych. Ale tylko czasami. Pamiętam jak kiedyś koleżanka, na wieść o tym, że nie lubię czytać książek po tym jak już widziałam film na ich podstawie, z miną wielce zatroskaną stwierdziła, że no tak, to bardzo ogranicza moją wyobraźnię. Cóż... Najwyraźniej nie zrozumiała co miałam na myśli. Ale głęboko przeświadczona o swoim dogłębnym zrozumieniu mojej natury poszła w swoją stronę. No ale po co o tym piszę? Po tym jak przeczytałam "Araf" Elif Shafak, przypomniałam sobie poszczególne tytuły, które traktowały o takim właśnie multi-kulti. Było to oczywiście "Pokolenie X" Douglasa Couplanda (chociaż to bardziej traktuje o pop-kulti niż o multi-kulti), było oczywiście wiele książek (a właściwie to każda) Zadie Smith. I była między innymi książka polskiego autora, (a nawet chorzowskiego 😄), a mianowicie "Global Nation. Obrazki z czasów popkultury" Grzegorza Kopaczewskiego. Czytałam to dawno, dawno temu i d...

Wild into the wild/Wszystko za życie na dzikiej drodze

Jak to jest, że człowiek po wielkich zawirowaniach życiowych, które wprowadzają chaos w jego uporządkowany tryb, ucieka w naturę, by poskładać ten swój rozbity na kawałki świat ponownie w jedną całość? Ostatnio widziałam dwa filmy z tego gatunku oparte na faktach. W jednym bohaterem jest młody chłopak, który kończy wzorowo studia i chce uciec na jakiś czas od społeczeństwa. Chce się zaszyć w samotni na Alasce, ponieważ zasady obowiązujące w społeczeństwie są dla niego nieakceptowalne. Bohaterką drugiego filmu jest kobieta "po przejściach", która chce przejść pieszo Pacific Crest Trail, żeby o swojej wędrówce napisać książkę. Oboje spotykają na swojej drodze ludzi, którzy im pomagają i albo przekazują wskazówki jak radzić sobie w kompletnej dziczy, albo też zwyczajnie doradzają jak wymienić niewygodne obuwie zakupione w sieci. Oboje podziwiają piękno natury, która jednak na każdym kroku przekonuje, że nie jest wcale oswojona ani ujarzmiona przez człowieka. Że to ...