Przejdź do głównej zawartości

Muzeum Czartoryskich w Krakowie jest do niczego.

 


Byłam wczoraj w Krakowie. Głównym celem był Lost Generation Festival, na którym występowały zespoły z mojej młodości i naprawdę było to niesamowite uczucie posłuchać Offspring na żywo :)

No ale zanim pogrążyłam się we wspomnieniach młodości odwiedziłam pierwszy raz w życiu Muzeum Czartoryskich. Jako wierna fanka obu części Vinci Juliusza Machulskiego nie mogłam sobie odmówić przyjemności obejrzenia Damy z gronostajem na żywo. I wiecie co? Za wyjątkiem Damy z gronostajem Leonardo da Vinci, Krajobrazu z miłosiernym Samarytaninem Rembrandta i Galerii sztuki starożytnej, wizyta w tym muzeum była dla mnie bardzo rozczarowującym doświadczeniem. Ale po kolei na podstawie referatu Gemini.

Wszystko zaczęło się od księżnej Izabeli z Flemmingów Czartoryskiej (tak, tak; jej dziadek był tajnym pruskim radcą stanu - stąd to niepolskie nazwisko) . Po utracie przez Polskę niepodległości (III rozbiór), księżna postanowiła stworzyć miejsce, które uchroni polskie pamiątki historyczne przed zniszczeniem. W 1801 roku w swojej rezydencji w Puławach otworzyła Świątynię Sybilli – pierwsze polskie muzeum narodowe. Nad wejściem kazała wyryć słynne motto: „Przeszłość Przyszłości”. Zbierała tam wszystko: od pamiątek po królach i hetmanach, przez zbroje, aż po relikwie. W przedmowie (wstępie) do katalogu swoich zbiorów, czyli dwutomowego dzieła pt. „Poczet pamiątek zachowanych w Domu Gotyckim w Puławach”, wydanego drukiem w Warszawie w 1828 roku, umieściła taką sentencję „Ojczyzno! Nie mogłam Cię bronić, niech Cię przynajmniej uwiecznię”, którą do tej pory można znaleźć w Sali Puławskiej.

Niedługo potem obok powstał Dom Gotycki, w którym umieszczono zbiory sztuki europejskiej. To właśnie wtedy do kolekcji trafiły prawdziwe perły, kupione we Włoszech przez jej syna, Adama Jerzego Czartoryskiego – w tym słynna „Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci oraz „Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem” Rembrandta.

Kiedy wybuchło powstanie listopadowe, Puławom groziła konfiskata i zniszczenie ze strony wojsk rosyjskich. Czartoryscy musieli uciekać. Przed ewakuacją najcenniejsze zbiory zamurowano, schowano w okolicznych kościołach, a potem w tajemnicy wywożono za granicę – najpierw do zaboru austriackiego, a ostatecznie do Paryża.

Tam, w słynnym Hôtel Lambert, książę Adam Jerzy Czartoryski scalił ocalałą kolekcję. Przez kilkadziesiąt lat zbiory były bezpieczne we Francji, a kolekcja stale się powiększała o nowe nabytki i archiwalia.

Tymczasem sytuacja polityczna w Europie zaczęła się zmieniać. Po wojnie francusko-pruskiej i Komunie Paryskiej Paryż przestał być bezpiecznym miejscem. Z kolei Kraków w zaborze austriackim cieszył się w tym czasie sporą autonomią polityczną i kulturalną.

Decyzję o przeniesieniu zbiorów na ziemie polskie podjął wnuk Izabeli, książę Władysław Czartoryski.

·        W latach 70. XIX wieku gmina miasta Krakowa przekazała księciu dawny budynek Arsenału Miejskiego.

·        Władysław dokupił do tego sąsiednie kamienice na rogu ulic Pijarskiej i św. Jana, a także dawny klasztor Pijarów.

·        Przebudowę i połączenie tych budynków (m.in. charakterystycznym przewiązkiem nad ulicą Pijarską) zlecił wybitnemu architektowi, Maurice’owi Ouradou.

W 1876 roku Muzeum Książąt Czartoryskich oficjalnie otworzyło swoje podwoje w Krakowie.

Pod koniec sierpnia 1939 roku, widząc nieuchronność wojny, ówczesny kurator zbiorów, książę Augustyn Czartoryski, podjął decyzję o ewakuacji najcenniejszych obiektów. Spakowano 16 skrzyń. Znalazła się tam słynna „Wielka Trójka” (obrazy Leonarda da Vinci, Rembrandta i Rafaela), a także bezcenna kolekcja antycznego złota, emalii i militariów.

Skrzynie przewieziono do pałacu Czartoryskich w Sieniawie na Podkarpaciu i zamurowano w piwnicach oficyny. Niestety, skrytka nie była doskonała. Po wkroczeniu wojsk niemieckich we wrześniu 1939 roku, żołnierze Wehrmachtu splądrowali pałac. Przełamano mur skrytki. Część skrzyń rozbito, a żołnierze rozkradli unikalną kolekcję antycznej biżuterii, rzucając bezcenne rzymskie i greckie złote monety na podłogę.

Informacja o odkryciu skarbów w Sieniawie szybko dotarła do Krakowa. W październiku 1939 roku na polecenie specjalnego pełnomocnika ds. zabezpieczenia dzieł sztuki w Generalnym Gubernatorstwie, Kajetana Mühlmanna, Niemcy przewieźli odnalezione obiekty z powrotem do Krakowa.

Zbiory zdeponowano w Banku Emisyjnym, a później w samej siedzibie muzeum. To nie była chaotyczna kradzież szeregowych żołnierzy – to była systematyczna, urzędowa konfiskata prowadzona przez niemieckich historyków sztuki. Kolekcja została zinwentaryzowana jako „zabezpieczone mienie bezpańskie”.

Ostatecznie „Wielka Trójka” trafiła najpierw do Berlina (jako dar dla Hitlera), ale Hans Frank, dzięki swoim wpływom, zdołał ściągnąć obrazy z powrotem do Krakowa w 1943 roku. Zawisły one na Wawelu oraz w jego prywatnej rezydencji w Krzeszowicach.

Styczeń 1945 roku przyniósł gwałtowną ofensywę Armii Czerwonej. Hans Frank w panice uciekał z Krakowa na Dolny Śląsk, zabierając ze sobą zrabowane dobra kultury – w tym spakowane w skrzyniach obrazy Leonarda, Rembrandta i Rafaela. Ciężarówki dotarły do pałacu w Sławkowie (Seichau), a stamtąd Frank ruszył dalej na południe Niemiec, do Bawarii.

Mniej cenna część kolekcji, która została w Krakowie (tysiące grafik, rzemiosło), została potwornie zdewastowana przez niemieckich policjantów, którzy w gmachu muzeum przy ul. Pijarskiej urządzili sobie koszary.

W maju 1945 roku amerykańscy żołnierze aresztowali Hansa Franka w jego willi w Neuhaus w Bawarii. Na miejscu działała grupa tzw. Monuments Men (Obrońców Skarbów), w tym porucznik Karol Estreicher – polski historyk sztuki, który niestrudzenie tropił zrabowane zabytki.

Większość skarbów Franka zabezpieczono. W 1946 roku na Dworzec Główny w Krakowie wjechał pociąg rewidowany przez Estreichera, przywożąc m.in. Ołtarz Mariacki oraz „Damę z gronostajem” i „Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem”.

Jednak jednej skrzyni brakowało.

W niewyjaśnionych do dziś okolicznościach, najprawdopodobniej jeszcze na Dolnym Śląsku (w Sławkowie lub podczas załadunku), zaginął „Portret Młodzieńca” Rafaela Santi. Do dziś jest on uznawany za najcenniejszą stratę wojenną polskiego muzealnictwa.

W 2016 roku państwo polskie odkupiło od fundacji całą kolekcję wraz z budynkami za równowartość 100 milionów euro. Dziś jest to oddział Muzeum Narodowego w Krakowie, gruntownie wyremontowany i ponownie otwarty dla zwiedzających w grudniu 2019 roku.

Reasumując. Bezpowrotnie zniknęło 843 innych obiektów z samej tylko Kolekcji Czartoryskich – w tym unikalne pamiątki puławskie, starożytne rzeźby i wyroby ze złota. Choć od wojny minęły dekady, polskie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego nadal traktuje sprawę Młodzieńca jako otwartą, a obraz figuruje w bazie strat wojennych Interpolu.

Rozpisałam się na temat kolekcji Czartoryskich tak długo, ponieważ jestem świadoma, dlaczego ta kolekcja w porównaniu z British Museum w Londynie, Gemälde Galerie czy Museuminsel w Berlinie czy Belweder jak i Muzeum Sztuki i Historii Naturalnej w Wiedniu jest taka skromna. Mam jednak wątpliwość czy "skromność" Muzeum Czartoryskich jest tu usprawiedliwieniem.

Nie wiem jak to wygląda w Muzeum Narodowym w naszej stolicy, ale po tych wszystkich, światowych muzeach, które widziałam, nasuwają mi się następujące spostrzeżenia.

Po pierwsze, w muzeach światowych poszczególne kolekcje są zazwyczaj przedstawiane według określonego, czytelnego klucza. Nawet nie posiadając audio guide'a, każda rozgarnięta osoba jest w stanie zorientować się, co widzi, dlaczego to widzi i co kurator chciał tym układem opowiedzieć.

W Muzeum Czartoryskich kolekcja sprawia wrażenie, jakby była przedstawiona bez żadnego ładu i składu. Kolokwialnie mówiąc: jest tam nieźle naciapciane. Rzymska rzeźba stoi obok renesansowego obrazu i średniowiecznego krzyżyka. Podobno to celowy zabieg, który ma odtwarzać XIX-wieczny „gabinet osobliwości” księżnej Izabeli, ale dla współczesnego widza tworzy to po prostu chaos.

Nie jestem znawcą sztuki, ale lubię wiedzieć, co oglądam i jaka była historia danej kolekcji. Czy to artefakty krajowe, czy pamiątki z podróży? Niestety, w Muzeum Czartoryskich bez wykupionego przewodnika czy audio guide'a, o którym nie informuje Cię ani osoba sprzedająca czy też wydająca bilety, a także wobec braku informacji o możliwości zaopatrzenia się w audio guide, człowiek odbija się od ścian (nie wspominając już o bardzo młodej i zblazowanej obsłudze muzeum, która zwiedzających ma praktycznie gdzieś). Ostatnim polskim muzeum, które zwiedziłam, była Twierdza Kłodzko – tam tablice informacyjne były porządnie dopracowane i bez trudu pozwalały zaznajomić się z historią miejsca. Jaki dokładnie klucz przyświecał Izabeli Czartoryskiej i jak dramatyczne były wojenne losy tych zbiorów (w tym słynna grabież „Portretu Młodzieńca” Rafaela) - tego Muzeum Narodowe na tradycyjnych tablicach postanowiło nam poskąpić, zostawiając widza w informacyjnej próżni.

Drugim poważnym problemem jest dla mnie wrażenie kompletnego braku polskiej tożsamości w tej przestrzeni. Rozumiem, że kolekcja Czartoryskich miała specyficzny charakter i skupiała się na pamiątkach po „Wielkich Polakach”, ale polska sztuka całkowicie niknie tam w morzu dzieł zachodnioeuropejskich.

Mało tego – z samej ekspozycji w ogóle nie dowiemy się, jak potężny mecenat prowadziła ta rodzina! Dopiero po powrocie do domu doczytałam, że tacy artyści jak Aleksander Orłowski (syn ubogiego karczmarza) czy Jan Piotr Norblin tworzyli właśnie dzięki finansowemu wsparciu Czartoryskich, którzy wyciągali utalentowanych ludzi z niższych stanów i dawali im szansę. Dlaczego muzeum o tym milczy? Dlaczego nie ma tam jasnej sekcji pt. „Oto artyści, których sponsorowaliśmy, by ratować polską kulturę”? Zamiast tego dostajemy zagracone gabloty bez kontekstu.

Jak już wcześniej wspomniałam, największe wrażenie wywarła na mnie sala ze sztuką starożytną. Mumia kota i ptaków naprawdę robi wrażenie. Dlatego naprawdę szkoda, że nie można zapoznać się z dokładnymi informacjami na temat tych przedmiotów, skąd pochodzą, w jaki sposób dostały się w ręce Czartoryskich i dlaczego Czartoryscy zdecydowali się na dołączenie tych artefaktów do swojej kolekcji.

Może i chcę wiedzieć za dużo. Ale wychodzę z założenia, że współczesne muzeum, które kosztowało podatników 100 milionów euro, powinno być czymś więcej niż tylko luksusowym magazynem ze złoconymi ramami. Powinno opowiadać historię, budować kontekst, angażować i tłumaczyć – zwłaszcza laikowi, który nie przyszedł tam z doktoratem z historii sztuki, a po prostu chce zrozumieć fenomen tego miejsca.

Niestety, krakowska instytucja potraktowała mnie trochę jak intruza, któremu wystarczy rzucić przed oczy dzieło mistrza z Vinci i liczyć na to, że urzeczony „Damiątkiem” (jak pieszczotliwie nazywał obraz Machulski) zapomni o całej reszcie. No więc nie zapomniałam. Choć sam obraz na żywo hipnotyzuje i dla niego jednego warto było tam wejść, to niedosyt i irytacja spowodowana informacyjną próżnią pozostały.

Kiedy wieczorem stałam pod sceną na Lost Generation Festival, skacząc w rytm energetycznych riffów The Offspring, uderzyła mnie jedna myśl. Zespoły z czasów mojej młodości, mimo upływu lat, wciąż potrafią nawiązać genialny, żywy kontakt z publicznością. Doskonale wiedzą, dla kogo grają. Szkoda, że Muzeum Czartoryskich, ze swoją zblazowaną obsługą i milczącymi tablicami, zupełnie o tej sztuce kontaktu zapomniało. Pozostaje mieć nadzieję, że kiedyś kuratorzy pójdą po rozum do głowy i zamiast „naciapcianego” gabinetu osobliwości, dadzą nam wreszcie to, co Izabela Czartoryska obiecała ponad dwa wieki temu: prawdziwą opowieść o przeszłości, podaną z myślą o przyszłości.

 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Na co komu ta księgowa?

Specjalnie posłużyłam się powyższym obrazkiem, gdyż  większości "korpoksięgowych" czy może raczej "ekauntantów" taki obrazek wydaje się widokiem z obcej planety. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ "księgowość" większości takich osób wydaje się wprowadzaniem danych do systemu. Oczywiście danych zaciąganych automatycznie z ekselowskich plików lub też podawanych w mejlach od "biznesu". Skąd te dane "biznes" bierze? To raczej mało istotne. Istotne jest aby były one przekazane do systemu w wymagany  procedurą, ustalony i zatwierdzony przez "menedżerów" sposób. Oczywiście odpowiednio sformatowany i odpowiednio opisany. Do czego ma to służyć, skąd się wzięło i w jaki sposób powinno to zostać zinterpretowane, to już takich "korpoksięgowych" nie obchodzi, bo też rzadko kiedy takie rzeczy wiedzą. Najważniejsza jest przecież szybkość i sprawnie opanowany excel. Kiedy takie "korpoludki" jadą na  "tranzyszy...

U źródeł wielkiej huty

Kiedy 24 czerwca  w 1257, roku Książę Opola i Raciborza, Władysław, nadawał Bożogrobcom na zagospodarowanie wieś Chorzów, pewnie nie podejrzewał jakie skarby kryją się pod jego stopami. Nie podejrzewał też pewnie, że skarby te za kilkaset lat spowodują nagły wzrost gospodarczy tej wioski, która w czasie jej nadawania była według źródeł historycznych zniszczona po najeździe tatarskim, a do zadań Bożogrobców należało między innymi jej odbudowanie. Ponieważ jedną z podstawowych reguł zakonu była pomoc chorym, we wsi założono szpital, który następnie przeniesiono do Bytomia. Jednakże chorzowscy proboszczowie nadal byli przeorami szpitala św. Ducha. Bożogrobcy działali we wsi Chorzów aż do 1817 roku, kiedy po kasacji klasztorów przez Fryderyka Wilhelma II, kościół w Chorzowie zostaje przejęty przez proboszcza świeckiego Józefa Bedera. Pamiętam jeszcze, że w szkole uczono mnie, że Chorzów, jako Królewska Huta, prawa miejskie zyskał w 1922 roku, czyli w momencie przyłączenia go ...

Sztuka obiecywania

  Moi drodzy. Zauważyłam, że większość osób aktywnych w komentarzach dotyczących polityki w Chorzowie, zainteresowała się nią dopiero koło 2023 roku. Tymczasem sytuacja, która ma miejsce dzisiaj, zaczęła się wiele lat temu. Jak wiecie bardzo lubię zajmować się  wiwisekcjami różnych narracji, w związku z czym, tym razem na warsztat biorę obietnice dotyczące wybudowania stadionu Ruchu Chorzów.  Cofnijmy się zatem w czasie do roku 2016, kiedy to gruchnęła wieść, że ówczesny prezes klubu, Dariusz Smagorowicz, zaciągał wysoko oprocentowane pożyczki na regulację bieżących zobowiązań. Pożyczki te doprowadziły do narastającej spirali długów, która z kolei spowodowała, że Pan Smagorowicz postawił Miastu Chorzów, wtedy jeszcze reprezentowanemu przez Andrzeja Kotalę ultimatum, że albo Miasto da klubowi 18 milionów złotych, albo klub upadnie. Po wielu burzliwych dyskusjach, Miasto zgodziło się na jej udzielenie. W tym samym czasie okazuje się jednak, że prezes Smagorowicz w dokumenta...