Wkręciłam się ostatnio w podcast Anny Gacek "Sweet 90s" i ciągle chodzą mi te lata dziewięćdziesiąte po głowie. W sensie chodzą mi po głowie sposób, w jaki ja je zapamiętałam. A zapamiętałam je zupełnie inaczej niż sposób w jaki pokazywane są w popkulturze. I piosenki też trochę inne i inaczej pamiętam niż przedstawia to Anna Gacek.
Biorąc pod uwagę, że w roku dziewięćdziesiątym, w czerwcu, skończyłam 8 lat, a w dwutysięcznym, też w czerwcu, 18 lat, to cała ta dekada mieści się dokładnie w okresie, w którym dorastałam. I chociaż teraz powszechnie wszystkim wmawia się, że to są ostatnie lata, w których "królował" Rock (w bardzo różnych odmianach), to wydaje mi się, że dla ludzi, którzy tak jak ja, w tej dekadzie z dziecka stawali się człowiekiem dorosłym (przynajmniej w teorii), wyglądało to jednak trochę inaczej.
No więc dla mnie i w roku dziewięćdziesiątym i w dwutysięcznym są takie utwory, które mogą być uznane (oczywiście tylko przeze mnie) za takie cezury wyznaczające początek i koniec tej dekady.
Początkiem na pewno będzie ten utwór:
Chociaż miałam wtedy nawet nie osiem, a siedem lat, to ten utwór na zawsze chyba już będzie mi się kojarzył z pewną długą, nocną podróżą do obcego kraju. Nie widziałam wtedy teledysku do tej piosenki, a refrenowe "wycie" Chrisa Isaaca zawsze wytrącało mnie ze snu, w który już prawie zapadałam.
Przez długi, długi czas zastanawiałam się, dlaczego, kiedy słyszę refren tej piosenki natychmiast chce mi się spać. Dopiero długi, długi czas później, moja siostra mi uświadomiła, że ten utwór był (jak byśmy dzisiaj powiedzieli) "zapętlony" w radiu podczas tej długiej nocy styczniowej.
Koniec tej dekady natomiast wyznacza ten utwór:
Boszsze jak ja nie cierpiałam techno. Po prostu nie znosiłam tego topornego rytmu. Ale ten utwór zmienił (przynajmniej we mnie) postrzeganie tego gatunku. Była tu jakaś tajemnica, jakieś niezdefiniowane napięcie, jakaś akcja, która w sposób nieunikniony prowadziła do finału utworu, który nagle, nieoczekiwanie, się urywał.
Poza tym chyba już na zawsze będzie mi się kojarzył z Piramidą w Chorzowie, która posiadała dwie sale. Mniejszą z muzyką Pop i R'n'B, która była niby bardziej "swojska" i większa z "techniawą", na której ja akurat czułam się dużo lepiej. Wbrew pozorom więcej ludzi oznaczało większy tłum, w którym można było spokojnie zniknąć, w którym nikt nie zwracał na Ciebie (w przeciwieństwie do sali R'n'B) uwagi. A ja bardzo lubiłam tańczyć, kiedy nikt nie zwracał na mnie uwagi.
No dobra. Ale gdzie tu jest Rock? Ten wielki Rock?
Słuchać muzyki świadomie zaczęłam mniej więcej w 1994 roku, więc mniej więcej w wieku dwunastu lat i już kiedyś pisałam w jaki sposób zetknęłam się z Grungem. Wystarczy zajrzeć tutaj.
Dla przypomnienia podam tylko, że od tego pierwszego usłyszenia w 1993 roku, stwierdziłam że Nirvana, to najgorszy zespół świata i nawet się trochę ucieszyłam (jakkolwiek dziwnie to brzmi) na wieść o śmierci Kurta Cobaina. Ale w sumie czemu się dziwić? Miałam wtedy przecież jakieś 11 lat i ciągle jeszcze słuchałam Majki Jeżowskiej i Dyskoteki Pana Jacka (które to piosenki, moim zdaniem, nawet dzisiaj brzmią całkiem świeżo).
No więc w tym 1994 roku istniało coś takiego jak Top Twenty, na ulubionym kanale wszystkich (wtedy) dzieci, czyli na Polonii 1, gdzie wyświetlane były fragmenty teledysków takiego gatunku muzycznego jak Euro Dance. 2Unlimited, DJ Bobo, Fun Factory, Maxx, Corona i inne takie, to była właśnie muzyka, której wtedy słuchałam. I nic innego właściwie mnie nie interesowało. Ale muszę dodać, że to właśnie przez ten program poznałam Prodigy i to za sprawą tego teledysku:
I, jak wkrótce o tym napiszę, to jest jeden z zespołów, które bardzo polubiłam na samym początku, a potem, głównie przez teledysk "Breath", co dziś wydaje mi się szokującym absurdem, jakoś znielubiłam.
Mniej więcej w tym samym czasie (żeby móc słuchać całych piosenek, a nie tylko oglądać fragmenty teledysków), zaczęłam słuchać radia. Bo niestety dostępu do MTV ani do VIVY nie posiadałam (i strasznie tego żałowałam, bo przez to strasznie wykluczona się stawałam)
Nie pamiętam już jakim cudem trafiłam wtedy na Radio Rodło Bytom (późniejsza Planeta), ale była to właśnie taka radiostacja, gdzie królowała muzyka Euro Dance. I znowu największymi przebojami były "Eins Zwei Polizei" Modo czy też "The sign" Ace of Base.
No i znowu w tym Radiu Rodło Bytom (nawet pamiętam, że co sobotę), była taka audycja, w której było podawane notowanie Europejskiej Listy Przebojów. Ale tylko 20 pierwszych miejsc. I też nie wszystkie, tylko niektóre utwory.
I tym sposobem (choć też nie jestem pewna w jaki sposób, ale coś mi świta, że chyba RMF zyskało w tym czasie legalną koncesję na nadawanie na określonych falach radiowych i przez to ich kojarzyłam) poznałam Euro Chart 100, puszczane co sobotę w RMF i dzięki temu mniej więcej zaczęłam się orientować, co jest słuchane na świecie.
No ale wiecie jak to jest. Sobota. Popołudnie. Każda statystyczna polska rodzina spędzała ją przed telewizorem bo Familiada i te sprawy. Jako że u nas w domu, w naszym dwupokojowym mieszkaniu, zamieszkałym przez (jakby na to nie patrzeć) cztery wielkie indywidualności, i radio i telewizor znajdowały się w jednym i tym samym pomieszczeniu, nie zostawało mi nic innego, jak słuchać radia na słuchawkach, podczas gdy pozostała trójka członków mojej rodziny oglądała sobie telewizję. Nie mieliśmy wtedy ani kablówki, ani anteny satelitarnej, więc skazani byliśmy na programy telewizji publicznej (chociaż nawet moja babcia miała wtedy kablówkę, a jako że znała perfekt język niemiecki, zawsze nam streszczała co tam słychać w programach rozrywkowych, w których pokazywali się zagraniczni artyści).
Tak się jednak złożyło, że w tej polskiej telewizji publicznej, często nadawane były seriale dokumentalne o całkiem sporej wartości, jak na przykład "MGM: Gdy lew zaryczy" czy też "Złote lata rock and rolla". I takie seriale dokumentalne moi rodzice bardzo chętnie oglądali (poniekąd zmuszając do tego również swoje córki). Nie wspomnę już o tym że w 1994 roku, głównie za sprawą Jerzego Owsiaka (jak się o tym ostatnio dowiedziałam), festiwal w Woodstock było bezpośrednio transmitowany w TVP, co mój tata przeżywał tak, jak gdyby sam tam miał być 😆
Najbardziej wyczekiwał występu Joe Cockera, bo coś mi świta w głowie, że chyba mi mówił, że w 1969 roku Joe Cocker nie wystąpił na tym festiwalu. Ale mogę się mylić, więc jakby co, to proszę mnie sprostować.
Też mi coś świta, że chyba tata mi mówił, że albo Bob Marley albo Bob Dylan też nie wystąpili wtedy w 1969 roku, chociaż mieli swoją posiadłość całkiem niedaleko.
Mnie jednak z tej transmisji najbardziej utkwił w pamięci ten występ:
Po pierwsze, bardzo "ciekawy" image tego artysty, po drugie, zdziwienie mojego taty "Co? Ślepy Melon się nazwał?", po trzecie, moje największe zdziwienie, kiedy kilka lat później usłyszałam tę piosenkę w oryginale i zobaczyłam teledysk (a w pamięci miałam jeszcze ten występ na festiwalu w Woodstock) i stwierdziłam, przecież to jest fajne. Jak mogło mi się to kiedyś nie podobać?
Podobnie zresztą miałam z wieloma polskimi zespołami rockowymi, jak na przykład z Hey, Irą czy nawet T.Love. W sumie jedynym polskim zespołem rockowym, a właściwie jedynym teledyskiem, który w tamtym czasie lubiłam było to:
Co kilka lat później, kiedy zacznę słuchać tych zespołów od nowa, będzie dla mnie prawdziwym wstrząsem.
Nie da się ukryć, że mój tata był i nadal jest wielkim fanem "Starego Rocka" a jedną z jego ulubionych artystek była Janice Joplin. Skutek tego był taki, że, mimo że nie przepadałam za taką muzyką, w wieku kilkunastu lat znałam biografię tej pani na pamięć, bo mój tata oglądał wszystkie filmy dokumentalne, które były jej poświęcone. Nie zapomnę też nigdy jak mój tata tłumaczył mi w jaki sposób ta pani zginęła. Otóż przedawkowała narkotyki, bo cały czas baaardzo duuużo pracowała i w związku z tym była przemęczona, a narkotyki pomagały jej odpocząć i w związku z tym brała tego coraz więcej i więcej aż w końcu zażyła tego za dużo...
Pamiętam też jak w okolicach roku 2000 "Summertime" w interpretacji tej pani stało się bardzo modne w programach typu "Idol". A mój tata zawsze przy pierwszych dźwiękach podnosił wzrok, po czym stwierdzał z przekąsem "To jest nic w porównaniu z oryginałem". Jeszcze zabawniejsze jest, że to też nie był oryginał. I też dowiedziałam się o tym duuuużo, duuuużo później.
No dobra. To już ustaliliśmy że Rock w latach dziewięćdziesiątych zagościł u mnie dzięki mojemu tacie. A co na to mama? Mama, jak to śpiewano w starej piosence "zawsze lubiła stare piosenki".
I to mama zawsze chętnie oglądała "Listę przebojów starszych nastolatków", gdzie przypominano występy i teledyski z dawnych lat, również artystów europejskich. Do dziś nie zapomnę tej reprymendy "Nie wiesz kto to jest Caterina Valente?". Przyznać się komu nazwisko tej pani też nic nie mówi 😆
No ale nie da się ukryć, że stare piosenki poznałam głównie dzięki temu teledyskowi:
I dopiero mama i babcia uświadomiły mi, że to "przeróbka", bo pojęcie "cover" jeszcze wtedy nie było znane.
No więc wiadomo już, w jaki sposób Rock przedarł się do mojej świadomości pomimo zalewu Euro Dance. A co z Hip-Hopem?
Hip-Hop, wcześniej nazywany Rapem (ale przyznam, że mimo że wiem, że Hip-Hop, to cała subkultura a Rap, to jedynie styl muzyczny, to do dzisiaj pojęcia są dla mnie bardzo nieostre) zaczął się dla mnie od tego teledysku, prezentowanego w Muzycznej Jedynce (tak, wiem, o której Kazik też melorecytował), jako pierwszego polskiego utworu hiphopowego:
Nie będę ukrywać, że Katowice-Bogucice, jako zagłębie polskiego Hip-Hopu zaczęłam postrzegać dopiero po roku dwutysięcznym, bo wcześniej właśnie bardziej Rap niż Hip-Hop kojarzył mi się z Coolio, Fugees, no i oczywiście Tupakiem, którego "Californię" po prostu uwielbiałam (i uwielbiam do dziś).
No więc mimo tego zachłyśnięcia się Euro Dance na początku, Rock się w końcu przebił. Problem polegał na tym, że kiedy ja przekonałam się do tego gatunku muzycznego, na salony wkroczyła ta pani:
I mimo że teraz mam wielki sentyment do tego utworu, wtedy słuchać go nie znosiłam. A był nadawany w niemal każdej stacji radiowej i to o każdej godzinie. I co prawda nikt nie ma dziś już wątpliwości, że Britney Spears była produktem wykreowanym przez speców od marketingu (tak jak wiele boys bandów i girls bandów przed nią i po niej), to jednak ona stała się symbolem muzyki tworzonej na zamówienie, często nie zdającej sobie nawet sprawy z tego o czym w ogóle śpiewa.
A więc mniej więcej w momencie kiedy ta pani wkroczyła na salony, a ja słuchałam już Rocka, na salony weszło też Techno i powrót radia od którego zaczęła się moje odkrywanie muzyki, czyli Radia Rodło Bytom, teraz przemianowanego na Radio Planetę.
A przy tym PARADOXALNIE zaczęłam szkołę średnią, w której jednym z przedmiotów było pisanie na maszynie. Nasza nauczycielka, żeby od początku nauczyć nas rytmicznego pisania, często puszczała nam kasety. Zaczęło się od UB40 (bo to bardzo dobry rytm na początek), a skończyło (oczywiście po naszym stwierdzeniu, że ten rytm jest dużo lepszy), na tym:
Ta sama piosenka królowała u nas również na zajęciach w-f. Więc nie da się ukryć, że mimo mozolnego wysiłku moich rodziców, by nawrócić mnie na dobry stary Rock, po zakończeniu szkoły średniej stałam się może nie technomaniaczką, ale lubiłam ten gatunek muzyczny, tym bardziej że, jak już wspomniałam na początku, akurat sala z "techniawą" pozwalała na dużo bardziej swobodny i anonimowy taniec niż inne gatunki muzyki w tej dyskotece.
I znowu kiedy w 2002 roku poszłam na studia, gdzie raczej słuchano właśnie Rocka, ja zadeklarowałam się jako świeżo nawrócona wielbicielka Techno, co natychmiast spowodowało zaszufladkowanie mnie jako technomaniaczki. Nie było to zbyt przyjemne, bo nie da się ukryć, że Rocka też słuchałam, ale niestety szufladka zrobiła swoje. I na studiach (przynajmniej na początku), zamiast na koncerty rockowe (mimo tego, że nie miałabym nic przeciwko temu), w weekendy chadzałam raczej do Piramidy, bo tam, na sali z "techniawą" nikt nikogo nie szufladkował i wszystkim chodziło tylko o dobrą zabawę.
I tak właśnie te lata dziewięćdziesiąte w muzyce zapamiętałam. Jako lata przede wszystkim dobrej zabawy.

Komentarze
Prześlij komentarz