Przejdź do głównej zawartości

Co tak bardzo fascynuje w Kurcie Cobainie?


Pierwszy raz usłyszałam o Nirvanie kiedy miałam jakieś 10 lat i nigdy tego nie zapomnę. I bynajmniej nie z powodu supernowej, która dzięki temu w mojej świadomości wybuchła.
Był taki program muzyczny. Nie pamiętam już jego tytułu, ale że pozbawiona byłam wtedy jeszcze telewizji kablowej, źródłem wszelkich nowości teledyskowych były dla mnie wtedy takie właśnie programy. A że miałam 10 lat, to estetyka Majki Jeżowskiej i "Wszystkie dzieci nasze są", była mi  najbliższa. Od tego typu programów natomiast oczekiwałam przede wszystkim najnowszych teledysków Dj Bobo albo 2Unlimited. A tymczasem moim oczom ukazało się coś takiego:

Moja dziecięca wrażliwość została brutalnie zbrukana. 
Oczekiwałam roześmianych i roztańczonych ludzi, a moim oczom ukazała się  gruba kobieta z wnętrznościami na wierzchu i drzewo owocujące płodami.
Od tego czasu uważałam, że Nirvana to najgorszy zespół świata i powtarzałam to przy każdej możliwej okazji.
Sytuacja zmieniła się kilka lat później, kiedy stwierdziłam, że tego "Smells like teen spirit" to nawet da się słuchać a "Come as you are" czy "In bloom", to nawet jest fajne 😊 Ale do "Heart shaped box" nadal czułam obrzydzenie.
I znowu minęło kilka lat. Nastała era kafejek internetowych. Zanim internet dotarł do mojego domu, miało minąć jeszcze trochę czasu, więc po internecie surfowałam przede wszystkim wyszukując różnych dziwnych informacji w takich właśnie kafejkach. I tak przez przypadek natrafiłam na stronkę o Kurcie Cobainie, a wśród jej zakładek między innymi na wywiady z nim.
Ten, który wtedy przeczytałam, był udzielony po jakimś koncercie w Niemczech. Kurt opowiadał w nim o swoich myślach samobójczych i problemach z żołądkiem. I nie wiem czy to Kurt w tak sugestywny sposób potrafił pokazywać wszystko od fizycznej strony, czy po prostu wywiad miał tak genialnego tłumacza. Ale ogrom wszelkiej maści obrazów z wnętrza ludzkiego organizmu i wszystkich jego trzewi czy też obrazów rozkładu materii biologicznej, który wtedy na mnie spadł, doprowadził do tego, że na cokolwiek spojrzałam, widziałam to od strony fizycznego rozkładu. I naprawdę nie było to przyjemne uczucie.
I nagle znowu piosenki Nirvany były czymś czego nie mogłam słuchać, bo ciągle kojarzyły mi się  z tamtym wywiadem. Słysząc ich dźwięki, wszystko, czym się zajmowałam, traciło sens. Dźwięki te doprowadzały mnie do totalnej apatii. Wystrzegałam się więc ich byle tylko nie popaść w to znajome odrętwienie.
Ale minęło znowu parę lat, trochę więcej niż lata, które wyznaczały poprzednie przerwy i po wielu różnych bardziej lub mniej dziwnych zakrętach wyleczyłam się z "nirvanowego" odrętwienia i mogłam nagle czytać i już w tej chwili (ach ten internet...) oglądać wywiady z nim.
I tak się składa, że wyszedł nowy film dokumentalny o Kurcie. Pamięć o wcześniejszych przeżyciach estetycznych dotyczących jego osoby, które dotąd mi towarzyszyły, nieco przyblakła, więc stwierdziłam, że warto obejrzeć film dokumentalny dotyczący antyidola z mojego dzieciństwa.
I co? I znów ten sam znajomy ogrom fizycznego rozkładu spadł na mnie w jednej chwili. Na szczęście tym razem dysponowałam barierą ochronną polegającą na wiedzy, czym się u mnie objawia spotkanie z tym antyidolem. Więc pomimo wszechogarniającego  obrzydzenia na widok tego co fizyczne, potrafiłam już sobie z tym poradzić.
No i jaki jest ten "Montage of heck"?
Przede wszystkim bardzo ciekawie zrobiony. Animowane wstawki przypominają mi "Skowyt" z 2010 roku. I w jednym i w drugim filmie, traktującym o abnegatach zmieniających oblicze Ameryki, ich partie pisane ożywają  i żyją własnym życiem. Pozwala to zajrzeć w głąb umysłu, który je stworzył.
No i oczywiście prywatne nagrania rodziców Kurta, a także zdjęcia z domowego archiwum Courtney Love oraz nagrania wywiadów, których Kurt zdążył udzielić. Wszystko to składa się na obraz człowieka, który chciał zszokować świat swoją estetyką rozkładu, a świat to pokochał (ok jest to moje prywatne zdanie ;) )
Kiedy się widzi młodego Kurta, Krista i Dava, nie widzi się ludzi, którzy zmienili oblicze muzyki, tylko zgrywających się dzieciaków.
Co przede wszystkim uderza od pierwszych minut filmu, to fakt, że Kurt nie miał dystansu do samego siebie. Ironizował na temat otaczającej go rzeczywistości, natomiast nie znosił, kiedy ktoś szydził z niego. Owszem, tego nikt nie lubi. Tak się jednak składa, że naoglądałam się dokumentów o muzyce lat 90' z "Zadymą" na czele (do której chyba zresztą zaraz wrócę), i zauważam, że poczucie humoru i dystans do siebie, było i nadal jest zasadniczą cechą wyróżniającą muzyków grających grunge. Kurt tego niestety nie posiadał, co potwierdzają jego rodzice, potem znajomi i na koniec sama Courtney.
Co mnie również uderzyło to fakt, że zależało mu przede wszystkim na rozwaleniu systemu i okazaniu pogardy swojej publiczności.
Kiedy na przykład ogląda się "Pearl Jam Twenty", rzuca się w oczy, że zespół uwielbia dawać koncerty i kocha kontakt z publicznością. Kurt natomiast (ale tak jak od początku zaznaczam, jest to tylko moje osobiste odczucie) chce zszokować publikę swoją mroczną muzyką, chce by ludzie poczuli obrzydzenie, tak jak on je odczuwa (choć jak widać działa to tylko na dziesięcioletnie dziewczynki uwielbiające Majkę Jeżowską). A tymczasem okazuje się, że publika to uwielbia. Kocha tę rozkładającą się estetykę i żąda wciąż więcej. Kurt tego nie rozumie.
Tak się mówi o młodości górnej i durnej. Bo autoironia jest symbolem pewnej dojrzałości. Trzeba trochę do niej dorosnąć żeby stanąć obok siebie i spojrzeć na siebie i swoje poczynania z boku. I dopiero wtedy się widzi, że wszelka egzaltacja (a z niniejszego filmu wynika, że Kurt był postacią bardzo egzaltowaną, nawet jeśli ta egzaltacja dotyczyła rozkładu materii), jest tak na dobrą sprawę śmieszna.
Mam wrażenie, że muzyka, która zaczęła powstawać już po Nirvanie, czyli na przykład taki zespół jak Blink 182, była wręcz przeładowany autoironią. Bo o ile na swoim pierwszym albumie nabijają się z wszystkiego i wszystkich, o tyle na drugim nabijają się już ze swojego własnego nabijania.
No ale umówmy się. Gdyby nie Kurt Cobain i jego egzaltowana szydera, nigdy nie powstałoby coś takiego jak na przykład Blink 128 i jego autoironia.
Co jeszcze wbiło mi się w mózg po obejrzeniu tego dokumentu, to sceny z domowych nagrań Kurta i Courtney. Rzekłoby się typowa patologiczna rodzinka, czego dowodzą również tytuły nagłówków gazet ukazujących się po narodzinach Frances, córki Courtney i Kurta, z których jasno wynika że opieka społeczna na pewien czas odebrała Kurtowi i Courtney prawa do opieki nad dzieckiem. Nie będę ukrywać, że mieszkanie, w którym mieszkali państwo Cobain, było jedną wielką meliną.
I nie chodzi tu już o abnegację, która jest wyrzeczeniem się własnej wygody, a o zwykłe niechlujstwo (ok, niech będzie, że znalazła się perfekcyjna pani domu i teraz będzie robić porządki w mieszkaniu państwa Cobain). Również kilka scenek rodzajowych z zabaw z Frances czy też z nagrań rozmów między Courtney a Kurtem, nie wskazuje na artystyczną abnegację, a zwykłą patologię. Wiem, wiem. To za to ich wszyscy kochają. Za przemycanie tej artystycznej abnegacji wystylizowanej w fotogeniczny sposób do świadomości zbiorowej. Problem w tym, że nie jest to rzucanie wyzwania zastanemu porządkowi świata i rozbijanie zastanej formy, a jedynie zwykła zgrywa.
Czytałam kiedyś "Pokolenie X" Douglasa Couplanda, w której mowa była o młodych ludziach po studiach, mających dobrze płatne prace w amerykańskich korporacjach, a jednak od tego uciekających do nisko płatnych posadek w barach i wypożyczalniach kaset video. Uciekających od wyścigu szczurów w drodze do kariery i opowiadających sobie na dobranoc dziwne bajki na czasy kończącej się kultury. Tak wiem. W Polsce nawet dobre posadki po studiach nie pozwalają na samodzielne utrzymanie się (przypominam, że pisałam to w 2016 roku przyp. Korpohumanistka), więc ucieczka od tego wydaje się przede wszystkim głupim wygłupem (masło maślane 😜)
Kurt Cobain pokazywany jest jako typowy przedstawiciel swojego pokolenia, uciekający od sławy, kariery i pieniądza. Tymczasem w moim odczuciu, nie miał on z tym nic wspólnego. Żywił jedynie ogromną pogardę dla amerykańskich, "porządnych", kolorowych domków. Tak się jednak złożyło że wpasował się z tym wszystkim idealnie w swoją epokę. Stał się głosem pokolenia, którego tak na dobrą sprawę nienawidził.
Co mnie w Kurcie Cobainie w takim razie zafascynowało? Zawsze chciałam wiedzieć skąd się wzięła w nim ta wizja rozkładającego się świata, która i mnie się do tej pory udziela. Wydawało mi się zawsze, że osoba, która żywi taką nienawiść do swojej kultury, musi być mędrcem, który dogłębnie ją poznał. Niestety po obejrzeniu tego filmu nie widzę mędrca, a jedynie zgrywającego się dzieciaka, który swoją wizją rzucił świat na kolana.
Wbrew swojej woli.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Na co komu ta księgowa?

Specjalnie posłużyłam się powyższym obrazkiem, gdyż  większości "korpoksięgowych" czy może raczej "ekauntantów" taki obrazek wydaje się widokiem z obcej planety. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ "księgowość" większości takich osób wydaje się wprowadzaniem danych do systemu. Oczywiście danych zaciąganych automatycznie z ekselowskich plików lub też podawanych w mejlach od "biznesu". Skąd te dane "biznes" bierze? To raczej mało istotne. Istotne jest aby były one przekazane do systemu w wymagany  procedurą, ustalony i zatwierdzony przez "menedżerów" sposób. Oczywiście odpowiednio sformatowany i odpowiednio opisany. Do czego ma to służyć, skąd się wzięło i w jaki sposób powinno to zostać zinterpretowane, to już takich "korpoksięgowych" nie obchodzi, bo też rzadko kiedy takie rzeczy wiedzą. Najważniejsza jest przecież szybkość i sprawnie opanowany excel. Kiedy takie "korpoludki" jadą na  "tranzyszy...

U źródeł wielkiej huty

Kiedy 24 czerwca  w 1257, roku Książę Opola i Raciborza, Władysław, nadawał Bożogrobcom na zagospodarowanie wieś Chorzów, pewnie nie podejrzewał jakie skarby kryją się pod jego stopami. Nie podejrzewał też pewnie, że skarby te za kilkaset lat spowodują nagły wzrost gospodarczy tej wioski, która w czasie jej nadawania była według źródeł historycznych zniszczona po najeździe tatarskim, a do zadań Bożogrobców należało między innymi jej odbudowanie. Ponieważ jedną z podstawowych reguł zakonu była pomoc chorym, we wsi założono szpital, który następnie przeniesiono do Bytomia. Jednakże chorzowscy proboszczowie nadal byli przeorami szpitala św. Ducha. Bożogrobcy działali we wsi Chorzów aż do 1817 roku, kiedy po kasacji klasztorów przez Fryderyka Wilhelma II, kościół w Chorzowie zostaje przejęty przez proboszcza świeckiego Józefa Bedera. Pamiętam jeszcze, że w szkole uczono mnie, że Chorzów, jako Królewska Huta, prawa miejskie zyskał w 1922 roku, czyli w momencie przyłączenia go ...

Rękopis znaleziony w starych dokumentach

Mój dziadek drugi od prawej.  Zabawne jakie rzeczy można znaleźć wśród starych szpargałów, do których nikt normalny nie przywiązuje żadnej wagi. Można znaleźć na przykład taki kawalerski krzyż odrodzenia Polski. Niby nic nadzwyczajnego, bo przecież górnikom nadawano takie odznaczenia zawsze po 30 latach pracy i dlatego nazywany był orderem chlebowym, z racji tego że dawał on prawo do specjalnych dodatków do emerytury. Nie zmienia to jednak faktu, że moja babcia, kiedy mój dziadek przyniósł ten krzyż, wzniosła podobno oczy do nieba wzdychając: "Kolejny krzyż. A coś do tego dostałeś jeszcze?", na co mój dziadek odparł z zadowoleniem "Dyplom", nie rozumiejąc pewnie w ogóle nastawienia babci. No ale co jeszcze można znaleźć w takich szpargałach. Można znaleźć jeszcze świadectwa szkolne dziadków, które raczej nie odznaczały się wybitnymi osiągnięciami, co jednak nie przeszkodziło dziadkom w zrobieniu kariery zawodowej. Można znaleźć również świadectwa różnych dz...