Właśnie się dowiedziałam, że jedna z najsłynniejszych piosenek Tiny Turner (jeśli nie najsłynniejsza) jest coverem piosenki Bonnie Tyler, która ukazała się na jej płycie Hide Your Heart z 1988 roku. Tymczasem singiel Tiny Turner ukazał się 2 września 1989 roku, czyli krótko przed jej 50 urodzinami. W związku z tą okrągłą rocznicą nawet w polskich mediach w tamtym czasie określano ją jako Babcię Tinę, co oczywiście siedmiolatka, którą wtedy byłam zaraz podchwyciła. Gdy zatem po raz kolejny ta siedmiolatka zobaczyła teledysk "The Best" od razu stwierdziła tonem znawcy "Patrzcie! Babcia Tina!" Moi rodzice wybuchnęli oczywiście gromkim śmiechem. Najbardziej rozbawiony był mój tata, którego babcia miała na imię Florentyna, a którą również nazywał Babcią Tiną :) Więc mój tata miał babcię Tinę.
No to przechodząc do meritum, wyjaśniam, że wstęp ten nie przypadkiem się tu znalazł, gdyż frazowanie "You're simply the best" bardzo dobrze pokrywa się z tytułem tego posta. Czyli słysząc refren "You're simply the best", śpiewam sobie "Ślązacy the best".
Tyle razy wspominałam na łamach tego bloga że między Ślązakami, a Polakami istnieją różnice kulturowe, które chyba całkiem trudno zdefiniować. Spróbuję zatem zrobić to za pomocą przykładów z życia wziętych Ślązaczki z dziada, pradziada.
Na początek może trochę historii. Górny Śląsk od początku XIX wieku był jednym z najbardziej uprzemysłowionych i najnowocześniejszych terenów w Europie. Wielkie zakłady przemysłowe, zatrudniały wielu ludzi, którzy przy wytwarzaniu produktów, musieli ze sobą współpracować, komunikować się, nauczyć się nie naruszać tak modnych teraz granic drugiej osoby, z uwagi na fakt, że przy wspólnie wykonywanej pracy, musimy się dobrze rozumieć i dobrze dogadywać.
Tymczasem w Polsce w XIX wieku nadal królował ideał szlacheckiego dworku, w którym szlachcic pilnuje gospodarki i swoich zasobów, do których należeli oczywiście również jego chłopi. Nie przypadkiem przypomina mi się teraz scena z Nad Niemnem Elizy Orzeszkowej, w której (chyba) Benedykt Korczyński wylewa swoją frustrację na chłopie, któremu kupił nowoczesną maszynę, a ten jest tak tępy, że nie potrafi jej obsługiwać. Tymczasem (chyba) Witold zwraca się bezpośrednio do chłopa i tłumaczy mu w jaki sposób tą maszyną ma się posługiwać. Przypominam, że w XIX wieku większość chłopów (w przeciwieństwie do mieszkańców Górnego Śląska) nadal nie potrafiła czytać ani pisać, więc nawet gdyby do maszyny dołączona została instrukcja jej obsługi, taki chłop nie wiedziałby jak z niej skorzystać.
Zauważmy, że te duże zakłady produkcyjne zostały przejęte przez Polaków częściowo w 1922 roku i w 1945 roku. Czyli że Ślązacy mieli przed Polakami jakieś 120 lat przewagi w rozumieniu współpracy.
No więc mamy dwa filary, na których zasadzają się podstawowe różnice między Ślązakami a Polakami jeszcze w XIX wieku. Umiejętność czytania i pisania, a także środowisko, w którym ludzie zewsząd muszą ze sobą współpracować, ażeby zakład przemysłowy przynosił przychody. Podczas gdy w Polsce nadal funkcjonował model, w którym to Pan wydaje rozkazy podwładnym, bo przecież nie będzie brudził sobie rąk pracą, a jeśli poddani nie wykonują swoich obowiązków tak jak Pan tego oczekuje, to znaczy że są tępi, w przemysłowych zakładach Górnego Śląska komunikatywność, zaufanie do kolegów i ogólnie pojęta współpraca, to podstawowe wartości, którymi ludzie się kierują.
Przejdę tutaj może do pierwszej z różnic w filarach komunikacji.
Podczas kiedy w Polsce zawrotną karierę robi sformułowanie "Proszę mi nie przerywać", na Śląsku częściej spotyka się sformułowanie "Proszę mnie posłuchać". Jest to fascynujący przykład, który pokazuje że o ile Ślązacy operują w trybie nadawczym (proaktywnym), o tyle Polacy działają w trybie reaktywnym. Czyli kiedy Ślązak mówi "Proszę mnie posłuchać", zakłada, że dysponuje pewną wartością, którą chce przekazać interlokutorowi i zaprasza do słuchania, Polak mówiąc "Proszę mi nie przerywać", broni swojego terytorium przed obcym najeźdźcą i zakazuje interlokutorowi przeszkadzania.
Kolejną różnicą w filarach komunikacji jest stosowanie wyrażenia "Pozwolę sobie", "Pozwól, że" na Śląsku, podczas gdy w Polsce częściej operuje się wyrażeniem "Czy mogę", "Czy możesz", a co za tym idzie, gdy na Śląsku komunikujemy podjętą przez nas decyzję i oczekujemy, że jeśli naszemu interlokutorowi nie odpowiada ta decyzja to wyraźnie nam to zakomunikuje, co oszczędzi nam wszystkim czas i energię, którą musielibyśmy poświęcić, gdyby nasze pierwsze pytanie brzmiało "Czy mogę". Bo właśnie to "Czy mogę" oznacza prośbę o pozwolenie i stawia odbiorcę w pozycji decyzyjnej, co często powoduje przedłużający się proces decyzyjny i ustawianie się komunikujących w sytuacji silnie zhierarchizowanej. Czyli można tak w skrócie powiedzieć, że o ile wśród Ślązaków dominuje postawa proaktywna, to Polacy oczekują od partnerów postawy defensywnej.
Przejdźmy teraz do wartości, jaką niesie wiedza. W dużych zakładach pracy, gdzie musiały współpracować ze sobą duże zespoły, dzielenie się wiedzą, to podnoszenie standardu całej grupy. Skoro wszyscy wiemy to samo, system jest bezpieczniejszy, a praca idzie szybciej. Wiedza jest narzędziem, a narzędzie musi być sprawne w rękach każdego, kto bierze udział " w robocie". Tymczasem w polskiej mentalności wiedza to waluta i karta przetargowa. W tym ujęciu wiedza daje władzę nad innymi. Dzielenie się nią często jest postrzegane jako naiwność lub sypanie "pereł przed wieprze", bo po co dawać komuś zasób, który może wykorzystać przeciwko nam lub dzięki któremu może stać się dla nas konkurencją?
No to teraz moja ulubiona różnica w rozumieniu sarkazmu i ironii. Może na początku wyjaśnię, że w Krakowie ironia i sarkazm służy do pokazania, że jest się ponad sytuacją i jeśli ktoś mówi o Tobie przy Tobie w trzeciej osobie używając ironii, to robi to po to by pokazać, że jest tak inteligentny, że może Cię obrażać, podczas gdy Ty, jako osoba zbyt prosta, nawet nie masz jak się bronić, bo przecież mieszkaniec Krakowa nie używa wulgaryzmów. Każdy Ślązak takie postępowanie uznaje za zwykłe chamstwo.
W Warszawie sarkazm jest szybki, cyniczny i obronny. Służy do zbywania niewygodnych pytań. Kiedy na przykład prosisz o jakieś wytyczne, a w odpowiedzi zamiast konkretów, dostajesz na przykład interpretacje podatkowe do analizy, które do tego wszystkiego nawet nie zawierają tematów, które chciałaś omówić, a Twoja przełożona metodą zdartej płyty powtarza się że przecież wystarczy te interpretacje podatkowe przeanalizować i przecież grzecznie o to prosi. Taki warszawski sarkazm jest również bardzo hierarchizujący i oznacza dominację nad interlokutorem. Przez sarkazm mieszkaniec Warszawy mówi "Ja tu rządzę i ja nadaję ton. A jeśli czegoś nadal nie rozumiesz, to znaczy, że nie nadążasz za oczekiwanym tempem". Każdy Ślązak takie zachowanie uznaje za zwykłe chamstwo.
Tymczasem na Śląsku sarkazm i ironia służy prawdzie i debugowaniu errorów. Jest dosadny i merytoryczny. Służy do obnażenia absurdu, lenistwa lub głupoty. Ma zmusić do myślenia, dzięki czemu "robota pójdzie sprawniej". Często też oczyszcza atmosferę. Śląski sarkazm mówi "Patrzcie jaki to bezsens. Zróbmy to wreszcie dobrze". Każdy mieszkaniec Krakowa i Warszawy uzna to za zwykłe chamstwo.
To teraz przejdźmy do różnic w postrzeganiu tak zwanych miłych i uczynnych osób. Na Śląsku takie osoby często są postrzegane jako filar zespołu, gdyż z taką osobą warto budować długofalowe relacje, bo można na nią liczyć. Taka osoba jest fundamentem w zespole. Wychodzi się z takiego założenia, że będąc uczynnym można liczyć na wzajemność, czyli pomoc w sytuacji, w której tej pomocy potrzebujesz. Tak się składa że w Polsce bycie miłym i uczynnym często jest odbierane jako chęć manipulowania i oznacza słabość pozycji w zespole, czyli tak zwany zasób do eksploatacji. Skoro dana osoba chętnie pomaga, to znaczy, że można na nią zrzucić to, czego się nie chce robić innym. Każdy Ślązak uznaje takie nastawienie za zwykłe chamstwo.
No i teraz prawdziwy filar, o który rozbijają się chyba wszystkie problemy komunikacyjne między Ślązakami, a Polakami. Śląska szczerość i bezpośredniość. O ile na Śląsku mówienie wprost oznacza szacunek i oszczędność czasu i energii, w kulturze bardziej salonowej bezpośredniość jest odbierana jako wtargnięcie w czyjąś strefę komfortu, co oznacza ryzyko towarzyskie i "agresywny ton". Kiedy Ślązak widzi błąd, uznaje, że trzeba o tym szybko poinformować osobę, która ten błąd popełniła. W ten sposób Ślązak wyraża szacunek, bo uznaje że rozmawia z profesjonalistą, który tę informację potrafi przyjąć i nie chce marnować czasu i energii całego zespołu. Tylko że w polskiej mentalności o błędach należy mówić tak, żeby nikt nie poczuł się urażony, co powoduje komunikację opartą na tym, że zakłada się, że interlokutor domyśli się prawdziwych intencji, w których ta uwaga została sformułowana i jeśli ktoś bezpośrednio mówi o błędach, które generują marnowanie czasu i energii całego zespołu, uznaje się to za atak personalny. Czyli w tej sytuacji Polak uznaje że Ślązak to cham. A Ślązak nie rozumie czemu ten Polak się tak piekli, kiedy on tylko chciał zoptymalizować proces :D
Przejdźmy do śląskiej alergii na bezradność. W dzieciństwie często słyszałam takie sformułowania "nie bądź klipa", "nie bądź ciapa". Dla Ślązaka bezradność to nie jest stan przejściowy, tylko błąd charakteru. "Klipa" to ktoś, kto zamiast chwycić za narzędzia, stoi i generuje szum emocjonalny, który nikogo nie przybliża do celu. Użalanie się nad sobą zabiera energię potrzebną do naprawy błędu i niczego nie wnosi. Tymczasem w Polsce, kultura ofiary bywa narzędziem politycznym. Ludzi robią z siebie ofiary, żeby wzbudzić litość i przerzucić zadanie na kogoś innego. Na przykład na uczynnego i zorganizowanego Ślązaka :P I bądźmy ze sobą szczerzy. Ta śląska niechęć do narzekania, często była wykorzystywana w ten sposób, że przełożeni często dokładali Ślązakom "roboty", bo wiedziano, że Ślązak nie będzie narzekał, tylko to dowiezie. Czy to było sprawiedliwe? Nie wydaje mi się.
Na koniec omówmy jeszcze to śląskie zamiłowanie do porządku i czystości. Powiedzmy sobie szczerze. Pod tym względem to jestem nietypową Ślązaczką. Bo "syf i burdel", jak określiłaby moja mama bałagan panujący u mnie w domu, absolutnie mi nie przeszkadza. Dla mnie właśnie porządkowanie bałaganu, który za chwilę i tak znowu będzie bałaganem, to marnowanie czasu i energii. Dlatego sprzątam tylko raz w tygodniu. Ale to jest porządek "picco bello". Poprzednim lokatorem mieszkania, które wynajmowałam, był chłopak, który przez dwa lata wynajmowania, nie przetarł nawet kurzy. Po doprowadzeniu tego mieszkania do porządku (z wielką pomocą moich rodziców), nauczyłam się, że przynajmniej raz w tygodniu trzeba wszystko porządnie posprzątać, żeby nie dopuścić mieszkania do takiego stanu, do jakiego dopuścił je poprzedni lokator ;) No ale wracając do Śląska. Śląsk przez dekady brał na siebie najcięższą, najbrudniejszą "robotę", która zasilała całą Polskę. Ludzie, którzy wychodzili z kopalni czy huty, siłą rzeczy byli naznaczeni tym pyłem. Ludność napływowa, często pracująca w czystej administracji czy usługach, często wykorzystywała ten zewnętrzny pył, by przypisać Ślązakom "wewnętrzny nieład". To była (i nadal niestety jest) perfidna próba odwrócenia hierarchii wartości, zamykająca się w takim, przykładowym stwierdzeniu "Może i ciężko pracujesz, ale ja mam czyste mankiety, więc jestem kimś lepszym". Dla Ślązaka brud to była zawsze gańba, czyli wstyd. Wiedziano, że dla Ślązaczki nie ma gorszej obelgi, niż wytknięcie jej tego, że ma brudne okna czy niechlujny wygląd, nawet jeśli pracowała na trzy etaty w ekstremalnych warunkach. Było to i nadal jest okrutne działanie, które ma na celu wywołanie poczucia niższości. Jeśli sprawisz, że ktoś się zacznie wstydzić swojego wyglądu, na który często nie ma wpływu z powodu charakteru pracy, łatwiej nim zarządzać i narzucać mu swoją kulturę. I dlatego właśnie śląskie mieszkania były często w środku nieskazitelnie czyste z wykrochmalonymi firankami i białymi rantami okien. To był niemy bunt, który mówił, że Ślązaków można nazywać brudasami, bo pracują w ekstremalnych warunkach, ale w naszym systemie panuje większy porządek i godność niż w waszych salonach.
Patrząc na te wszystkie różnice od XIX wiecznych maszyn w śląskich zakładach przez "klipowatość", aż po białe ranty okien w śląskich mieszkaniach, widzę jeden spójny obraz. To nie jest opowieść o tym, kto jest lepszy w kategoriach salonowych. To opowieść o systemie, który przetrwał, bo jest oparty na prawdzie, solidarności i pracy, która musi być zrobiona dobrze.
Dziś, kiedy wchodzę do biura, na spotkanie czy w nową relację zawodową, nie szukam już potwierdzenia mojej wartości w czystych mankietach kogoś, kto boi się bezpośredniego "posłuchaj mnie". Szukam ludzi, którzy wiedzą, że szczerość to oszczędność czasu, a współpraca to nie wydawanie rozkazów, tylko wspólny ruch w stronę celu.
I choć moja mama nadal załamuje się nad "syfem i burdelem", który jej zdaniem panuje w moim mieszkaniu, to wiem jedno: ten śląski, merytoryczny i proaktywny porządek, który noszę w głowie, jest moją największą siłą.
Kiedy więc następnym razem, usłyszę zachrypnięty głos Tiny Turner, uśmiechnę się do tej siedmiolatki we mnie, która krzyczała "Babcia Tina". Bo ja w tym refrenie słyszę hołd dla wszystkich Ślązaków, którzy nie dali się wpędzić w poczucie niższości, nie stali się ciapami i zawsze kładli kartę merytoryki na stół. Bo koniec końców w świecie pełnym komunikacyjnego szumu Ślązacy są po prostu the best. I mój tata wspominając swoją Babcię Tinę, na pewno uśmiechnąłby się pod nosem.

Komentarze
Prześlij komentarz