Przejdź do głównej zawartości

Najmłodsza wyborczyni Janusza Korwina-Mikkego

 



Najmłodszą wyborczynią Janusza Korwin-Mikkego w 2000 roku byłam ja. Gdybym teraz spotkała siebie osiemnastoletnią, potrząsnęłabym sobą i powiedziałabym jasno i wyraźnie. Sabrina, to, że teraz nie odróżniasz jeszcze poglądów liberalnych od konserwatywnych i wszyscy wokół Ciebie odżegnują się od Lewicy, bo Lewica to "stare, czerwone komuchy", to wcale nie znaczy, że musisz koniecznie zagłosować na szefa ówczesnej Unii Polityki Realnej, z którego światopoglądem nawet teraz się zupełnie nie zgadzasz. Nawet jeśli sama jeszcze o tym nie wiesz. Nawet jeśli otoczona jesteś ludźmi, którzy teraz za słuszne uważają prywatyzację służby zdrowia, edukacji i likwidację podatków, bo dzięki temu benzyna zamiast 3 złotych będzie kosztować 70 groszy (no bo przecież VAT i akcyza to zwykła kradzież, a wszyscy politycy to złodzieje). Wolny rynek przede wszystkim.

W tamtym czasie nie było jeszcze powszechnego dostępu do Internetu, gdzie można by za pomocą takiego Latarnika wyborczego sprawdzić, do którego kandydata jest Ci najbliżej. Ja i tak uważałam, że te konserwatywne opinie na temat rodziny, to tylko takie robienie szoł wokół siebie, bo przecież nikt nie bierze tego na poważnie. 

Takie "ideologie" jak "gender" czy "LGBT+" zwyczajnie nie istniały w świadomości społecznej. Co ja piszę. Nie znano nawet takich słów. 

Dla osiemnastoletniej Sabriny, ktoś kto uważał, że "baby są głupie", "baby do garów" i "baba nie będzie mi mówić co mam robić", był męską szowinistyczną świnią (którego to określenia Panowie często nie rozumieli, więc uważali mnie za "jakąś dziwną"). Osiemnastoletnia Sabrina uważała się za feministkę, nawet jeśli nie zauważała wokół nierówności płci, a lekceważące wypowiedzi na temat jej opinii, żartów, ironii czy sarkazmu rozumiała jako lekceważącą opinię o jej zdolnościach intelektualnych, co prowadziło do coraz większych kompleksów.

Studia to był okres, w którym spotkałam się z poglądami różniącymi się od tych, wśród których się wychowałam, o 180 stopni.

To na studiach po raz pierwszy spotkałam się z opinią, że jeżeli na coś mnie nie stać, to winne jest Państwo. Bo to kraj powinien dać np. studentom darmowe obiady w stołówce. Wtedy budziło to moje zgorszenie, bo uważałam, że jeśli na coś mnie nie stać, to zwyczajnie tego nie kupuję albo oszczędzam przez jakiś czas, żeby kupić tę upragnioną rzecz nieco później. Bo finansowo radzić sobie muszę sama. I nigdy o taką sytuację nie obwiniałam innych, a już na pewno nie Państwa. A u mnie w domu jakoś nigdy się nie przelewało. Po prostu mieliśmy trochę inne priorytety finansowe niż otaczający mnie ludzie na studiach.

Na studiach też po raz pierwszy spotkałam się z zupełnie otwartą homofobią, która wtedy też jeszcze nie nazywała się homofobią (a przynajmniej nie używano tego słowa w przestrzeni publicznej). Zabawne, że teraz po czasie okazało się, że jeden z największych homofobicznych studentów na moim roku był ministrantem w parafii, w której jeden z księży był właśnie pedofilem. Ale ten kolega swoją homofobię uzasadniał zupełnie inaczej.

Na studiach też po raz pierwszy spotkałam się z gender, płcią kulturową, czyli zespołem zachowań, norm i wartości przypisanych przez kulturę do każdej płci. A zatem stwierdzenia że "baby są głupie", "baby do garów" i "baba nie będzie mi mówić co mam robić", nawet jeśli głosiciel tego stwierdzenia uważa, że tak się mówi, to oznacza to tylko tyle, że właśnie jest ogarnięty przez ideologię gender. Dlatego bardzo długo trudno mi było zrozumieć o co chodzi tym "antygenderowcom", bo przecież "antygender" to jestem ja.

To na studiach też okazało się, że osoby najbardziej płytkie i powierzchowne, rozpuszczające złośliwe plotki, które utrudniają innym życie, a także najbardziej zawistne, to te, które były najbliżej związane z Kościołem (wybaczcie, ale takie jest moje subiektywne zdanie).

Nie będę ukrywać, że po studiach moje poglądy pod wpływem opinii różnych od moich, zaczęły się zmieniać, ewoluować, ale w zasadzie nie różnią się one od tych poglądów osiemnastoletniej Sabriny. Są tylko lepiej osadzone w rzeczywistości.

I tak. Nadal uważam, że wolny rynek, to najlepsza koncepcja ekonomiczna, ale żeby był on prawdziwie "wolny", potrzebny jest dozór Państwa, które pilnuje aby żaden jego uczestnik nie został wyeliminowany poprzez na przykład płatną edukację, służbę zdrowia, czy też bezsensowne i wyrywcze obniżanie podatków.

Zauważam też, że najwięcej homofobów jest właśnie wśród mężczyzn, którzy nie dbają o siebie, są agresywni i w zasadzie ciągle szukają zaczepki, bo obawiają się, że jeśli będą się inaczej zachowywać, zostaną uznani przez swoich kumpli za "pedałów".

Zwolennicy ideologii gender uważają się za antygenderowców, tylko dlatego, że zwyczajnie nie rozumieją tego pojęcia.

A co do Kościoła, jak to rapuje Taco Hemingway

Tak czy siak - Bóg z nami, chuj z wamiTrzy zdrowaśki, alleluja i do przodu - jazda z kurwami 


Tak więc moje poglądy od Janusza Korwin-Mikkego wyewoluowały do poglądów "czerwonej damy" Joanny Senyszyn. I tak. Uważam, że podczas debat była jedyną kandydatką, która merytorycznie i konkretnie odpowiadała na każde pytanie, jednocześnie błyskotliwie podsumowując swoich kontrkandydatów.

Bardzo się cieszę, że w tych wyborach jest aż trzech kandydatów, z których poglądami mogę się utożsamić (w poprzednich wyborach tego nie było), jednak moją idolką jest tu właśnie Pani Joanna, której poczucie humoru i dystans sprawiły, że po raz pierwszy od lat mogę jasno powiedzieć, że mam swoją idolkę. 

I nie będę ukrywać, że Pani Joanna Senyszyn ma mój głos, przede wszystkim dlatego, że pod jej poglądami podpisuję się rękami i nogami.

Tak więc 18 maja trzymam kciuki za Panią Joannę :)


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Na co komu ta księgowa?

Specjalnie posłużyłam się powyższym obrazkiem, gdyż  większości "korpoksięgowych" czy może raczej "ekauntantów" taki obrazek wydaje się widokiem z obcej planety. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ "księgowość" większości takich osób wydaje się wprowadzaniem danych do systemu. Oczywiście danych zaciąganych automatycznie z ekselowskich plików lub też podawanych w mejlach od "biznesu". Skąd te dane "biznes" bierze? To raczej mało istotne. Istotne jest aby były one przekazane do systemu w wymagany  procedurą, ustalony i zatwierdzony przez "menedżerów" sposób. Oczywiście odpowiednio sformatowany i odpowiednio opisany. Do czego ma to służyć, skąd się wzięło i w jaki sposób powinno to zostać zinterpretowane, to już takich "korpoksięgowych" nie obchodzi, bo też rzadko kiedy takie rzeczy wiedzą. Najważniejsza jest przecież szybkość i sprawnie opanowany excel. Kiedy takie "korpoludki" jadą na  "tranzyszy...

U źródeł wielkiej huty

Kiedy 24 czerwca  w 1257, roku Książę Opola i Raciborza, Władysław, nadawał Bożogrobcom na zagospodarowanie wieś Chorzów, pewnie nie podejrzewał jakie skarby kryją się pod jego stopami. Nie podejrzewał też pewnie, że skarby te za kilkaset lat spowodują nagły wzrost gospodarczy tej wioski, która w czasie jej nadawania była według źródeł historycznych zniszczona po najeździe tatarskim, a do zadań Bożogrobców należało między innymi jej odbudowanie. Ponieważ jedną z podstawowych reguł zakonu była pomoc chorym, we wsi założono szpital, który następnie przeniesiono do Bytomia. Jednakże chorzowscy proboszczowie nadal byli przeorami szpitala św. Ducha. Bożogrobcy działali we wsi Chorzów aż do 1817 roku, kiedy po kasacji klasztorów przez Fryderyka Wilhelma II, kościół w Chorzowie zostaje przejęty przez proboszcza świeckiego Józefa Bedera. Pamiętam jeszcze, że w szkole uczono mnie, że Chorzów, jako Królewska Huta, prawa miejskie zyskał w 1922 roku, czyli w momencie przyłączenia go ...

Sztuka obiecywania

  Moi drodzy. Zauważyłam, że większość osób aktywnych w komentarzach dotyczących polityki w Chorzowie, zainteresowała się nią dopiero koło 2023 roku. Tymczasem sytuacja, która ma miejsce dzisiaj, zaczęła się wiele lat temu. Jak wiecie bardzo lubię zajmować się  wiwisekcjami różnych narracji, w związku z czym, tym razem na warsztat biorę obietnice dotyczące wybudowania stadionu Ruchu Chorzów.  Cofnijmy się zatem w czasie do roku 2016, kiedy to gruchnęła wieść, że ówczesny prezes klubu, Dariusz Smagorowicz, zaciągał wysoko oprocentowane pożyczki na regulację bieżących zobowiązań. Pożyczki te doprowadziły do narastającej spirali długów, która z kolei spowodowała, że Pan Smagorowicz postawił Miastu Chorzów, wtedy jeszcze reprezentowanemu przez Andrzeja Kotalę ultimatum, że albo Miasto da klubowi 18 milionów złotych, albo klub upadnie. Po wielu burzliwych dyskusjach, Miasto zgodziło się na jej udzielenie. W tym samym czasie okazuje się jednak, że prezes Smagorowicz w dokumenta...