Przejdź do głównej zawartości

Czy nadgodziny w pracy świadczą o Twoim zaangażowaniu?



Wyrabianie przez pracownika nadgodzin nigdy nie świadczy o jego zaangażowaniu. Prędzej o jego chciwości, poddaństwie względem pracodawcy i cwaniactwie albo wręcz naiwności.

Dlaczego?

Przedstawię wam dziś trzy historie z różnych firm, w których byłam zmuszona robić nadgodziny, a następnie spróbujcie odpowiedzieć sobie na pytanie czy faktycznie były one konieczne?

Przypadek numer 1

Duża korporacja międzynarodowa zajmująca się outsourcingiem najbardziej śmieciowych, nie lubianych i powtarzalnych czynności (powiedzmy) administracyjnych. Wyoutsorsowany proces podzielony jest na część skanującą na Słowacji, część (zdaniem międzynarodowej korporacji) techniczną w Indiach i wymagającą rozmowy z żywym człowiekiem (oczywiście nadal zdaniem międzynarodowej korporacji) w Polsce. Pierwszy problem polega na tym, że ta niby powtarzalna część techniczna wymaga specjalistycznej wiedzy pozwalającej na jej prawidłowe wykonanie. Tymczasem międzynarodowa korporacja sprowadza tę specjalistyczną wiedzę do manualnego wykonania pewnych czynności technicznych, kompletnie ignorując potrzebną w tym celu wiedzę. W momencie kiedy Hindusi nie bardzo wiedzieli co zrobić z danym dokumentem, bo nie posiadali wystarczających kompetencji językowych, przesyłali to do nas, do Polski, abyśmy z klientem ustalili co zrobić z danym dokumentem. Drugi problem polegał na tym, że Słowacy też nie posiadali wystarczających kompetencji językowych, pozwalających na rozpoznanie dokumentu i też nie wiedzieli w jakiej formie dokumenty te  będą widziane przez Hindusów, więc dokumenty takie, często kilkustronicowe, były skanowane oddzielnie i w częściach docierały do Hindusów. A trzeci problem polegał na tym, że Hindusi uznali, że Polska to taki śmietnik i wszystkie źle zeskanowane przez Słowaków dokumenty, które nie spełniały ustalonych przez tę międzynarodową korporację standardów faktury (bo były na przykład skanowane po jednej stronie i tak przesyłane do Hindusów) wysyłano do Polski z prośbą o wyjaśnienie tego z klientem. Problem polegał też na tym, że jeśli nawet w Polsce widzieliśmy, że to jakaś część kontraktu, potwierdzenie tego kontraktu, reklama, oferta, potwierdzenie oferty, ale na pewno nie faktura, to nie mogliśmy tego zwyczajnie wyrzucić do śmieci albo poprosić Słowaków żeby takie dokumenty skanowali w całości, tylko trzeba było uzyskać potwierdzenie klienta, że to na pewno śmieć i że można go "zarchiwizować". A teraz wyobraźcie sobie, że na 50 placówek, które są osobnymi firmami tego klienta, w Polsce są tylko dwie osoby do obsługi wszystkich tych zgłoszeń, których przychodzą tysiące każdego dnia. A międzynarodowa korporacja zamiast usprawnić procedury pomiędzy poszczególnymi zespołami i przepływ informacji, zmusza te dwie osoby w Polsce do siedzenie w weekendy i opracowywania takich śmieciowych zgłoszeń, tylko dlatego, że ktoś mądry wcześniej w ten sposób opracował procedury i nie zamierza ich zmieniać, bo dostał za to premię, a komuś kto otrzymał za to premię nie można zgłaszać że jego rozwiązanie jest błędne i należy je poprawić, żeby dzięki temu wprowadzić oszczędności na bezsensownie wypłacanych nadgodzinach i marnowanym czasie swoich pracowników...

Przypadek numer 2

Międzynarodowa korporacja również zajmujące się outsourcingiem usług rozliczania list płac. Harmonogram naliczania i rozliczania list płac ustalony jest na początku roku na cały rok. Nagle w jednym miesiącu następuje wysyp zwolnień, ponieważ klient reorganizuje firmę. Problem polega na tym, że następnego dnia jest już ostateczne naliczenie list płac, a zwolnienia przychodzą od godziny 16, więc pracownicy w Polsce muszą siedzieć jakieś dzikie nadgodziny w godzinach nocnych, zamiast przesunąć w danym miesiącu harmonogram naliczania list płac, bo wtedy międzynarodowa korporacja nie dotrzymałaby własnych wysokich standardów, do oceny których zatrudniła cały specjalny dział. Więc pracownicy muszą siedzieć w pracy do rana, żeby przerobić wszystkie zwolnienia nadesłane przez klientów, a i tak nie wiadomo czy się do rana wyrobią...

Przypadek numer 3

Międzynarodowa korporacja prowadząca w Polsce centrum usług wspólnych, w tym przypadku księgowych, dla różnych placówek międzynarodowej firmy. Zamknięcie miesiąca. Pracownicy w Polsce w większości przypadków już zakończyli swoje księgowania i czekają na sygnał, że mogą już iść do domu. Godzina 16. Przychodzi wiadomość z centrali, że o godzinie 20:30 nastąpi "brain storming", po którym będzie dopiero wiadomo jak zrobić ostateczne księgowania. Pracownicy czekają więc bezczynnie od godziny 14:00 do 21:30 aby zrobić ostateczne księgowanie. O godzinie 21:30 system jest już kompletnie przeciążony, działa bardzo wolno i zanim ostateczne księgowania zostaną zrobione (do tego nieprawidłowo, bo spowolnienie systemu na to nie pozwala) jest godzina 22:30. Wkurzony pracownik wychodzi z pracy. Następnego dnia pojawia się o godzinie 8:00 i w ciągu kilku minut naprawia coś, na co poprzedniego dnia czekał ponad 8 godzin...

Dodam jeszcze, że gdyby to naprawdę były wyjątkowe sytuacje i zdarzyły się tylko raz, a następnie podjęte zostałyby środki zaradcze, pozwalające na wyeliminowanie takich sytuacji w przyszłości, nikt by się nie oburzył. Jednak pracodawca we wszystkich tych trzech przypadkach doszedł do wniosku, że skoro raz udało się to uratować nadgodzinami, to ratujmy te sytuacje w ten sposób za każdym razem. Nie zważając na to, że przez takie powtarzające się sytuacje rezygnowały z pracy w tych firmach całe zespoły, wcześniej bardzo wyraźnie to komunikując...

Więc jeśli dla kogoś to może nie być nadal jasne, dla mnie powtarzające się nadgodziny w organizacji świadczą nie o dużej ilości pracy i zaangażowaniu pracowników, ale o słabości tej organizacji, wręcz o jej rozrzutności i beznadziejnej kadrze zarządzającej, która kompletnie nie zna się na swojej "robocie".

I jeśli gdziekolwiek traktowane są inaczej, to wiem z doświadczenia, że taka organizacja  wkrótce przestanie być poważnie traktowana przez swoich wszystkich kontrahentów. 

Prędzej czy później. Ale na pewno.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Na co komu ta księgowa?

Specjalnie posłużyłam się powyższym obrazkiem, gdyż  większości "korpoksięgowych" czy może raczej "ekauntantów" taki obrazek wydaje się widokiem z obcej planety. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ "księgowość" większości takich osób wydaje się wprowadzaniem danych do systemu. Oczywiście danych zaciąganych automatycznie z ekselowskich plików lub też podawanych w mejlach od "biznesu". Skąd te dane "biznes" bierze? To raczej mało istotne. Istotne jest aby były one przekazane do systemu w wymagany  procedurą, ustalony i zatwierdzony przez "menedżerów" sposób. Oczywiście odpowiednio sformatowany i odpowiednio opisany. Do czego ma to służyć, skąd się wzięło i w jaki sposób powinno to zostać zinterpretowane, to już takich "korpoksięgowych" nie obchodzi, bo też rzadko kiedy takie rzeczy wiedzą. Najważniejsza jest przecież szybkość i sprawnie opanowany excel. Kiedy takie "korpoludki" jadą na  "tranzyszy...

U źródeł wielkiej huty

Kiedy 24 czerwca  w 1257, roku Książę Opola i Raciborza, Władysław, nadawał Bożogrobcom na zagospodarowanie wieś Chorzów, pewnie nie podejrzewał jakie skarby kryją się pod jego stopami. Nie podejrzewał też pewnie, że skarby te za kilkaset lat spowodują nagły wzrost gospodarczy tej wioski, która w czasie jej nadawania była według źródeł historycznych zniszczona po najeździe tatarskim, a do zadań Bożogrobców należało między innymi jej odbudowanie. Ponieważ jedną z podstawowych reguł zakonu była pomoc chorym, we wsi założono szpital, który następnie przeniesiono do Bytomia. Jednakże chorzowscy proboszczowie nadal byli przeorami szpitala św. Ducha. Bożogrobcy działali we wsi Chorzów aż do 1817 roku, kiedy po kasacji klasztorów przez Fryderyka Wilhelma II, kościół w Chorzowie zostaje przejęty przez proboszcza świeckiego Józefa Bedera. Pamiętam jeszcze, że w szkole uczono mnie, że Chorzów, jako Królewska Huta, prawa miejskie zyskał w 1922 roku, czyli w momencie przyłączenia go ...

Rękopis znaleziony w starych dokumentach

Mój dziadek drugi od prawej.  Zabawne jakie rzeczy można znaleźć wśród starych szpargałów, do których nikt normalny nie przywiązuje żadnej wagi. Można znaleźć na przykład taki kawalerski krzyż odrodzenia Polski. Niby nic nadzwyczajnego, bo przecież górnikom nadawano takie odznaczenia zawsze po 30 latach pracy i dlatego nazywany był orderem chlebowym, z racji tego że dawał on prawo do specjalnych dodatków do emerytury. Nie zmienia to jednak faktu, że moja babcia, kiedy mój dziadek przyniósł ten krzyż, wzniosła podobno oczy do nieba wzdychając: "Kolejny krzyż. A coś do tego dostałeś jeszcze?", na co mój dziadek odparł z zadowoleniem "Dyplom", nie rozumiejąc pewnie w ogóle nastawienia babci. No ale co jeszcze można znaleźć w takich szpargałach. Można znaleźć jeszcze świadectwa szkolne dziadków, które raczej nie odznaczały się wybitnymi osiągnięciami, co jednak nie przeszkodziło dziadkom w zrobieniu kariery zawodowej. Można znaleźć również świadectwa różnych dz...