Przejdź do głównej zawartości

Nie taka zła ta rozmowa kwalifikacyjna jak ją malują.... powiedział Człowiek-Na Opak






Ostatnio krąży po necie taki łańcuszek, polegający na podaniu 3 do 5 faktów o Tobie, które zaskoczą Twoich znajomych. Biorąc pod uwagę, że (wydaje mi się) jestem tak zaskakującym człowiekiem, że moi znajomi są doskonale przyzwyczajeni do tego, że u mnie wszystko jest na opak, pewnie nie będą zaskoczeni, że:

- zasypiam na rozmowach o ciuchach, kosmetykach i zdrowiu
- uwielbiam rozmowy kwalifikacyjne

(reszta przy następnej nominacji  😁)

I często się tak nad sobą zastanawiałam, skąd to moje uwielbienie, dla tak stresującego wydarzenia w życiu człowieka, jakim jest ta rozmowa. I znalazłam wyjaśnienie. Dzieje się tak ponieważ mogę w sposób nieskrępowany opowiadać o sobie, rozmówca zadaje mi autorefleksyjne pytania i nie przerywa  mojego autotematycznego słowotoku 😁

Ktoś mógłby złośliwie wytknąć po tak pełnym samouwielbienia i egocentryzmu monologu, że przecież celem rozmowy kwalifikacyjnej nie jest autorefleksyjny monolog, tylko zdobycie pracy. A niestety żyjemy w takich czasach, że o nową pracę może być teraz baaardzo trudno, więc może zamiast wciskać jakieś kity o autorefleksji, podać konkrety jak (delikatnie mówiąc) wejść przyszłemu pracodawcy w tyłek żeby tę pracę zdobyć?

No tutaj odpowiedź jest bardzo prosta. Wystarczy powiedzieć, że sama możliwość zdobycia doświadczenia u tak wspaniałego pracodawcy jest tak budująca, że będziecie jeszcze pracodawcy dopłacać za sam fakt, że was u siebie zatrudnił.

Jestem absolutnie przekonana, pierwsza osoba, która zarzuci takim tekstem na rozmowie kwalifikacyjnej, zostanie z automatu zatrudniona bez względu na kwalifikacje bądź też ich brak.

Ktoś inny mógłby powiedzieć, że tylko frajerzy ubiegają się o pracę u kogoś. Prawdziwie przedsiębiorczy ludzie, biorą sprawy w swoje ręce i zakładają własne firmy. I wiecie co? Nawet nie miałabym nic przeciwko temu, żeby każdy zatrudnił siebie, na takim stanowisku, jakie sobie wymarzył - na stanowisku dyrektora generalnego samego siebie. Żeby pracodawcy, w tym wypadku mówimy o osobach, które zlecają komuś wykonanie jakiegoś zadania, nie musieli ponosić żadnych dodatkowych kosztów pracowniczych za wyjątkiem oczywiście wynagrodzenia. Ale to wynagrodzenie musiałoby być na tyle wysokie, żeby pracownik, czyli w tym wypadku wykonawca tego zadania, mógł z niego sam opłacić wszystkie składki, jakie tylko sobie wymarzy i które zabezpieczą jego przyszłość na wypadek, gdyby ta uniemożliwiła mu wykonywanie jego wymarzonej pracy. 

Jestem absolutnie przekonana, że pracodawcy musieliby wtedy wypłacać pracownikom wynagrodzenie wyższe dokładnie o te same koszty pracownicze, na które teraz tak bardzo narzekają, ale bądźmy szczerzy. Nie będą przecież narzekać, na zbyt wysokie wynagrodzenie pracowników, którzy jedynie chcą opłacić wszystkie składki zapewniające im i ich rodzinom bezpieczną przyszłość, możliwość bezstresowego przeżycia "od pierwszego do pierwszego" i odłożenia jakiejś kwoty w celu zapewnienia sobie "bezpiecznej poduszki finansowej", gdyby okazało się, że ta ich wymarzona praca u obecnego pracodawcy jednak tą wymarzoną pracą z jakiegoś tam osobistego dla pracownika czy też pracodawcy powodu nie jest.

Myślę jednak, że nie ma sensu rozkminiać jak to zrobić i jakich rozwiązań użyć, ponieważ (jestem absolutnie przekonana) nie jestem w stanie przewidzieć wszystkich zmiennych, które spowodowałyby zawalenie się tego, wymyślonego właśnie przeze mnie, systemu.

I proszę mi tu nie wmawiać, że wolny rynek wszystko sam ureguluje, ponieważ wolny rynek działa tylko i wyłącznie w punkcie skupu warzyw, owoców, mięs i innych produktów, wyprodukowanych dokładnie w ten sam sposób i mających tylko jedną i tę samą możliwość ich zbycia. Wszystkie pozostałe dziedziny życia ludzkiego są zbyt zniuansowane, żeby pozwolić im ot tak po prostu zostawić je samym sobie. Prędzej doprowadzimy w ten sposób do trzeciej wojny światowej, w sensie domowej anarchii, gdzie w celu zdobycia tego na co mamy ochotę, każdy zabije każdego, niż do szczęśliwego życia na ziemi.

No ale odejdźmy od tych mrocznych wizji i skupmy się na temacie tego posta, czyli jak dobrze wypaść na rozmowie kwalifikacyjnej, bo dopóki system zatrudniania w Polsce nie zostanie zmieniony, nie mamy wyjścia i musimy się do niego dostosować

Mam takie wrażenie, że wszystkie artykuły, webinary, szkolenia i inne pierdółki na ten temat są dokładnie takie same. Zawsze pojawia się pytanie o dotychczasową ścieżkę zawodową, największy sukces, największą porażkę, mocne strony i słabe strony kandydata i jak na takie pytania odpowiadać.

Aaaa i najważniejsza rzecz pod słońcem: za żadne skarby nie wolno mówić źle o swoim obecnym czy też byłym pracodawcy.

I nie oszukujmy się: biorąc pod uwagę ilość poradników na ten temat, nikt na te pytania nie odpowiada szczerze, tylko według wytycznych tychże poradników.

A to akurat błąd podstawowy. I powiem od razu: jeżeli nie jesteś jakimś pozbawionym wszelkiej kultury osobistej troglodytą i wiesz o czym mówisz, nie ma szans żebyś źle na takiej rozmowie wypadł.

Postawmy się w roli takiego pracodawcy (poważnego pracodawcy, który wie doskonale jakiego pracownika szuka, jakie ten ktoś musi mieć umiejętności i cechy osobowości, żeby mógł przeżyć w jego przedsiębiorstwie, nie jakiegoś dusigrosza, który zatrudni kogoś komu będzie mógł najmniej zapłacić i kto z pocałowaniem ręki będzie wykonywał nawet najgłupsze polecenia - od razu dodamy, że poważny pracodawca, nie będzie tracił czasu na wymyślanie jakichś głupich poleceń). Poważny pracodawca będzie zadawał dokładne i szczegółowe pytania na temat naszej dotychczasowej ścieżki zawodowej, zadań, które wykonywaliśmy na poszczególnych stanowiskach, bo będzie chciał wiedzieć czy nasze umiejętności są zbieżne z zadaniami, które będziemy wykonywać w jego przedsiębiorstwie. A jeśli zapyta o jakieś osobiste rzeczy, to zrobi to tylko dlatego, żeby wiedzieć, czy kandydat odnajdzie się wśród osób pracujących w jego firmie.

Dlatego, chociaż być może spadną na mnie zaraz gromy z jasnego nieba, uważam, że pracodawca powinien wiedzieć czy zatrudniany pracownik ma dzieci. Pytanie o planowane ciąże oczywiście jest nie na miejscu, bo, sorry, ale tego nie da się przewidzieć. Ktoś może ją planować i może mu się to nie udać i ktoś może tego w ogóle nie brać pod uwagę, a z takiego a nie innego powodu za miesiąc zajdzie w ciążę. Ale pytanie o stan rodzinny, w sensie czy mam partnera i dzieci jest jak najbardziej na miejscu. I jeżeli pracodawca nie zatrudni danej osoby, bo jest samotną matką, to wcale niewykluczone, że zatrudniając singla, za pół roku okaże się, że ten pożądany singiel stał się nagle samotnym ojcem czwórki dzieci (sic 😁). I będzie miał się z pyszna.

No i jeden z najpoważniejszych i odpowiadających za najwięcej nieporozumień mit mówiący o tym, by nie mówić źle o swoim obecnym czy też byłym pracodawcy. Jeżeli nie wypowiadasz się o nim wulgarnie i nie opowiadasz jakichś niestworzonych historii stawiających Cię od razu w pozycji paranoika i mitomana (z całym szacunkiem dla wszystkich "prawdziwych" paranoików i mitomanów), to nie ma nic złego w tym, że opowiesz na rozmowie kwalifikacyjnej, dlaczego nie dogadujesz się ze swoim pracodawcą czy też zespołem, ponieważ poważny pracodawca będzie wiedział, że nie ma ludzi bezkonfliktowych i ktoś, kto uczciwie przyznaje się, że w takich a takich sytuacjach reaguje tak, a nie inaczej, myśli poważnie o pracy jego przedsiębiorstwie.

Dlatego przed każdą rozmową kwalifikacyjną, warto się zastanowić, jakiego pracownika oczekuje wasz przyszły pracodawca i każde jego pytanie poddać takiej właśnie autorefleksji "czego ten koleś czy też ta kolesia chce się w ten sposób o mnie dowiedzieć i czy ja się będę dobrze czuł, jeśli mnie tak a nie inaczej będzie odbierał".

I powtórzę to jeszcze raz. Warto na rozmowie kwalifikacyjnej być szczerym ze sobą i z przyszłym pracodawcą. Bo jeżeli przyszły pracodawca oczekuje od was schematycznych odpowiedzi na schematyczne pytania z jakiegoś opracowanego przez pseudopsychologa arkusza pytań, a akurat tak się składa, że jesteście bądź wkrótce będziecie wybitnymi specjalistami w swojej dziedzinie, to cieszcie się, że nie zostaliście zatrudnieni w miejscu, w którym chciano by was przyciąć do prostych excelowskich formuł. Sami zrezygnowalibyście z takiej pracy po kilku miesiącach albo i rzucilibyście zwyczajnie papierami. Albo z drugiej strony, właśnie chcieliście takiej pracy na zasadzie "kopiuj - wklej" (bo samo zajmowanie się czymś takim czy też lubienie czegoś takiego też nie jest niczym złym), a wysililiście swoją kreatywność podczas rozmowy kwalifikacyjnej na 500% i nagle jesteście zdziwieni, że ktoś oczekuje od was rozwiązywania problemów, z którymi żaden z dotychczasowych "wklepywaczy" nie był w stanie sobie poradzić.

Oczywiście ciężko jest znaleźć pracę, która byłaby idealnie przykrojona  do waszych umiejętności i osobowości. Czasami przez całe życie człowiek poszukuje swojego zawodowego miejsca na ziemi i go nie znajduje.

Ideały są jak gwiazdy. Nawet jeśli nie możemy ich osiągnąć, należy się nimi kierować.
napisał kiedyś Bernard Shaw. Dlatego może to zabrzmi banalnie albo nawet jak jakiś truizm, ale zwyczajnie warto być sobą i wiedzieć czego się chce (albo przynajmniej czego się nie chce😉)  . Warto być szczerym z samym sobą. Warto powiedzieć czego się oczekuje od nowej pracy i nowego pracodawcy (o benefity i profity też można zapytać - poważny pracodawca potraktuje to jak pytanie, a nie roszczenie; pod warunkiem, że to rzeczywiście tylko pytaniem jest 😉). Natomiast jeśli chodzi o samo wynagrodzenie to ja zawsze podaję konkretną kwotę (to znaczy taką na którą wiem, że zasługuję), ale tylko wtedy, kiedy ktoś mnie o to wprost zapyta. Pamiętam jednak, że podczas pierwszych rozmów kwalifikacyjnych, kiedy startowałam od zera i nikt mnie o to nawet nie pytał, to ja pytałam ile będzie wynosiło moje wynagrodzenie na tym stanowisku i jeśli ktoś mi powiedział, że może mi tyle zaproponować, wiedziałam, że ta kwota nie podlega negocjacji i albo się na nią zgadzam albo nie. No i w takiej sytuacji trzeba się porządnie samemu zastanowić czy tę ofertę przyjmujemy czy nie. Trzeba rozważyć czy poza minusem z niespełniającym naszych oczekiwań wynagrodzeniem są jakieś plusy, których nie znajdziemy nigdzie indziej.

I zapamiętajmy jedną rzecz. Jeżeli grzeczne i taktowne pytanie zostanie odebrane jako roszczenie, to dobrze, że nie okazaliśmy się najlepszym kandydatem na to stanowisko i zatrudniono kogoś innego.

 





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Na co komu ta księgowa?

Specjalnie posłużyłam się powyższym obrazkiem, gdyż  większości "korpoksięgowych" czy może raczej "ekauntantów" taki obrazek wydaje się widokiem z obcej planety. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ "księgowość" większości takich osób wydaje się wprowadzaniem danych do systemu. Oczywiście danych zaciąganych automatycznie z ekselowskich plików lub też podawanych w mejlach od "biznesu". Skąd te dane "biznes" bierze? To raczej mało istotne. Istotne jest aby były one przekazane do systemu w wymagany  procedurą, ustalony i zatwierdzony przez "menedżerów" sposób. Oczywiście odpowiednio sformatowany i odpowiednio opisany. Do czego ma to służyć, skąd się wzięło i w jaki sposób powinno to zostać zinterpretowane, to już takich "korpoksięgowych" nie obchodzi, bo też rzadko kiedy takie rzeczy wiedzą. Najważniejsza jest przecież szybkość i sprawnie opanowany excel. Kiedy takie "korpoludki" jadą na  "tranzyszy...

U źródeł wielkiej huty

Kiedy 24 czerwca  w 1257, roku Książę Opola i Raciborza, Władysław, nadawał Bożogrobcom na zagospodarowanie wieś Chorzów, pewnie nie podejrzewał jakie skarby kryją się pod jego stopami. Nie podejrzewał też pewnie, że skarby te za kilkaset lat spowodują nagły wzrost gospodarczy tej wioski, która w czasie jej nadawania była według źródeł historycznych zniszczona po najeździe tatarskim, a do zadań Bożogrobców należało między innymi jej odbudowanie. Ponieważ jedną z podstawowych reguł zakonu była pomoc chorym, we wsi założono szpital, który następnie przeniesiono do Bytomia. Jednakże chorzowscy proboszczowie nadal byli przeorami szpitala św. Ducha. Bożogrobcy działali we wsi Chorzów aż do 1817 roku, kiedy po kasacji klasztorów przez Fryderyka Wilhelma II, kościół w Chorzowie zostaje przejęty przez proboszcza świeckiego Józefa Bedera. Pamiętam jeszcze, że w szkole uczono mnie, że Chorzów, jako Królewska Huta, prawa miejskie zyskał w 1922 roku, czyli w momencie przyłączenia go ...

Rękopis znaleziony w starych dokumentach

Mój dziadek drugi od prawej.  Zabawne jakie rzeczy można znaleźć wśród starych szpargałów, do których nikt normalny nie przywiązuje żadnej wagi. Można znaleźć na przykład taki kawalerski krzyż odrodzenia Polski. Niby nic nadzwyczajnego, bo przecież górnikom nadawano takie odznaczenia zawsze po 30 latach pracy i dlatego nazywany był orderem chlebowym, z racji tego że dawał on prawo do specjalnych dodatków do emerytury. Nie zmienia to jednak faktu, że moja babcia, kiedy mój dziadek przyniósł ten krzyż, wzniosła podobno oczy do nieba wzdychając: "Kolejny krzyż. A coś do tego dostałeś jeszcze?", na co mój dziadek odparł z zadowoleniem "Dyplom", nie rozumiejąc pewnie w ogóle nastawienia babci. No ale co jeszcze można znaleźć w takich szpargałach. Można znaleźć jeszcze świadectwa szkolne dziadków, które raczej nie odznaczały się wybitnymi osiągnięciami, co jednak nie przeszkodziło dziadkom w zrobieniu kariery zawodowej. Można znaleźć również świadectwa różnych dz...