I znowu nie bardzo wiem od czego zacząć, gdyż temat zawarty w tytule jest dla mnie i bardzo osobisty i prywatny i bardzo emocjonalny.
Nie da się ukryć, że nawet w mojej rodzinie Ślązaków, a nawet Chorzowian z dziada pradziada, w której żyłach płynie krew Pierwszych Ludzi (z Chorzowa) istnieje wiele sprzecznych głosów w tej sprawie.
Czym tak na dobrą sprawę jest ten język, którym posługują się ludzie mieszkający na terenie górnośląskiej części Metropolii Górnośląsko-Zagłębiowskiej?
Już w jednym z postów pisałam, że nawet mnie samej, jako magistrowi (który przeciwko magistrzyni na przykład nie miałby nic przeciwko) filologii polskiej ciężko jest jednoznacznie wypowiedzieć się po jednej ze stron konfliktu. No bo nie da się ukryć, że sposób w jaki wypowiadają się (niestety w przeważającej części) starsi mieszkańcy tego regionu, znacznie odbiega od polskiego języka literackiego. I wydaje mi się, że każdy Polak szczycący się posiadaniem wykształcenia średniego, obojętnie czy z maturą czy bez, musi potwierdzić, że ukończył kurs historii na poziomie szkoły średniej. A za moich czasów wiedza dotycząca Śląska była wymagana i podejrzewam, że nie tylko w śląskich szkołach.
No więc gwoli krótkiego przypomnienia gdyby ktoś jednak przespał lekcje historii w szkole średniej, Śląsk odpadł od Polski już w XIV wieku, co ostatecznie przypieczętowane zostało w 1372 roku, kiedy to Ludwik Luksemburski, ówczesny król Polski i ojciec Jadwigi, zrzekł się praw do Śląska, co było związane z podpisaniem pokoju z Czechami. Od tej pory mimo wielokrotnego przesuwania księstw śląskich pomiędzy Rzeczpospolitą Polska, a Królestwem Czech, formalnie obszar dzisiejszego Górnego Śląska należy do Czech. W XVI wieku dostał się on pod władanie Habsburgów, czyli Monarchii Austro-Węgierskiej, by ostatecznie w 1763 roku po wojnach śląskich, znaleźć się w granicach Prus. Dopiero w 1921 roku, po trzecim powstaniu śląskim, jego część znalazła się w granicach Polski.
A zatem przez tych sześć wieków kształtowania się polskiego języka literackiego, ziemie te zamieszkiwane przez ludność z pochodzenia polską, wykształciły własny sposób komunikacji werbalnej, będącej mieszanką zakonserwowanej staropolskiej polszczyzny i nowych, (nowocześniejszych jak na te czternastowieczne standardy językowe) wyrażeń, zapożyczanych często z języka czeskiego i niemieckiego w wersji austriackiej i pruskiej.
Dlatego też ludność słowiańska mieszkająca na tym obszarze nigdy nie mówiła polszczyzną literacką, a biorąc pod uwagę, że kształcenie na tych terenach na każdym poziomie odbywało się w języku niemieckim, to i tak cud, że mimo upływu czasu ludność ta posługiwała się językiem z pochodzenia słowiańskim.
A potem nastąpił PRL i ludność napływowa, która zaczęła mieszać dialekt śląski z wulgaryzmami, co spowodowało zwykłe zwulgarnienie tego dialektu, od którego, na szczęście, język, którym posługiwali się moi dziadkowie, był jeszcze wolny.
No i oczywiście tępienie gwary śląskiej w szkołach. Pamiętam jeszcze jak za moich czasów, w trzeciej klasie podstawówki nauczycielka kazała napisać nam, dzieciom, kilka zdań opisujących jesień, które to zadanie pewnie miało sprawdzić naszą sprawność posługiwania się językiem pisanym. Moja koleżanka z ławki, jako że na codzień posługiwała się gwarą i nie dostrzegała jeszcze różnicy między językiem literackim a mówionym, którym posługiwała się w domu, napisała kilka naprawdę zabawnych zdań o kapeluszach strącanych ludziom przez wiatr z głów. Jako że w gwarze śląskiej posługujemy się "e" pochylonym, koleżanka ta pisała o "szyrokich kapeluszach" zamiast szerokich i "czyrwonych liściach" zamiast czerwonych. I dla mnie było to bardzo zabawne (w sensie humorystyczne) bo już wtedy miałam świadomość, że jest to trochę inny styl i poprawianie "szyrokich" i "czyrwonych" na "szerokie" i "czerwone" (bo koleżanka ta poprosiła mnie o sprawdzenie czy nie ma tam jakichś błędów) pozbawi tych kilka zdań charakteru. Oczywiście nauczycielka przekreśliła wyżej wymienione wyrazy i obniżyła koleżance za to ocenę (za co potem ja miałam wyrzuty sumienia, bo przecież prosiła mnie o poprawę, a ja tego nie poprawiłam). Do dzisiaj uważam, że było to bardzo niesprawiedliwe.
Czy wobec tego dialekt śląski można uznać za język?
Jedna z popularnych definicji języka narodowego, to sformułowana przez Annę Kołodziej
Mowa, będąca środkiem komunikacji wśród przedstawicieli określonego narodu, postrzegana jako podstawowy wyznacznik jego tożsamości
No i tu pojawia się kolejny problem. Bo s tom ślonskom godkom to nie takie proste jest.
Co to w ogóle jest naród? Wikipedia mówi że to
Wspólnota ludzi utworzona w procesie dziejowym, na podstawie języka, terytorium, życia społecznego i gospodarczego, przejawiająca się w kulturze i świadomości swych członków.Wielokrotnie już wspominałam, że jestem Ślązaczką z dziada pradziada, dumną wnuczką i prawnuczką powstańców śląskich, których dzieci walczyły w armii Wermachtu, a których wnukowie wstępowali do PZPR, a których prawnukowie wspierali działania Solidarności, dzięki czemu ich praprawnukowie mogą się uważać (wydaje mi się, że nawet bardziej niż Polacy spoza ziem odzyskanych) za prawdziwych Europejczyków. I nie godom. Rozumiem, co prawda wszystko i jak mam wenę i czuję wsparcie ze stron interlokutorów, to se nawet i pogodom. Ale tak otwarcie mówiąc nie godom.
A znam ludzi, którzy się nawet na Śląsku nie urodzili, ale tu wychowali i chodząc do szkoły podłapywali godkę od innych dzieci, a których rodzice podłapywali ślonskom godke w pracy i tyż godajom. I takie osoby, czyli z naszego śląskiego punktu widzenia czyste gorole, mi, rodowitej Ślązaczce, przypinali łatę gorola. I nie będę też ukrywać, że przez to podczas ostatniego spisu ludności (mimo jak mi się wydaje dużo większego upoważnienia do potwierdzenia swojej narodowości niż większość moich znajomych, którzy śląską narodowość zadeklarowali) zadeklarowałam narodowość polską. Mimo że tak zwani "czyści" Polacy zawsze znajdą w moim słowniku coś co wskazuje na tę śląską przynależność. Zresztą pamiętam jeszcze jak mój już świętej pamięci chrzestny mówił mi "ty dziołszka to już nie godosz. Ty sam ino już ładnie mówisz". I chociaż wiem, że nie chciał mi tymi słowami w żaden sposób dokuczyć ani mnie urazić, zrobił mi tym wielką przykrość. Bo to było tak jak gdyby ktoś bliski mnie odrzucał. A to nigdy nie jest przyjemne.
No więc jak? Czy Ślązaków należy uznać za odrębną jednostkę etniczną, która posługuje się własnym językiem czy też język śląski uznać za język regionalny, którym posługują się ludzie mieszkający na terenie Śląska?
Nie będę ukrywać, że z wielką przyjemnością czytam ostatnio "Dracha" Szczepana Twardocha i "Piątą stronę świata" Kazimierza Kutza, gdyż obaj ci artyści w swoich utworach uchwycili coś nieuchwytnego. A mianowicie tę śląską mentalność, którą dostrzegam u wszystkich członków mojej kończącej się już rodziny i innych osób trwale zżytych ze Śląskiem.
Ok. Ślązacy są pracowici. I mają wrodzone zdolności manualne. Tak zwaną inteligencję techniczną, której u mnie zabrakło. Ale za to objawiła się trochę inaczej. Mimo tego że często w dzieciństwie słyszałam "Ty nie myśl ino rób" albo "Ty nie godej ino rób" to i tak nie udało się moim rodzicom wyzwolić we mnie zdolności manualnych albo chociażby technicznych. Za to zostało pewne skupienie na konkrecie, w sensie esencji czegoś.
Pamiętam jak kiedyś z kolegą z Sosnowca przechodziłam przez Rynek w Katowicach, który wtedy jeszcze pozbawiony był rynku, ale sprzedawane były na nim kwiaty. Pewien starszy pan podchodzi do jednej kwiaciarki i pyta "Po wiela te kwiotki?". Oczywiście mój kolega strasznie się wtedy oburzył, że jak można się tak chamsko i prostacko zachować. I ja wtedy jeszcze nie potrafiłam wytłumaczyć, a może też sama nie rozumiałam, największej różnicy pomiędzy językiem polskim a śląskim.
Podczas kiedy w języku polskim zanim się o coś zapytasz musisz przygotować sobie grunt, w sensie miło zagadać, prawdziwy Ślonzok od razu przejdzie do rzeczy. Nie będzie udawał że piękną mamy pogodę i słońce przyjemnie grzeje i ma Pani tu tyle pięknych kwiatów, tylko, skoro interesują go te a nie inne kwiatki, to zapyta o ich cenę, bo i on i kwiaciarka doskonale wiedzą, że jak ktoś pyta o cenę "tych kwiotków", to znaczy że podobają mu się "te kwiotki". I wszelkie inne uprzejmości są tu zbędne.
I nie będę też ukrywać, że tego przechodzenia do konkretu, wykładania od razu "kawy na ławę" bardzo mi wśród ludzi brakuje. Może chodzi o to że jestem prostym człowiekiem, który od razu dostrzega wszelkie próby manipulacji, czyli też zwykłego "ciulania" i doskonale wie, że takie "ciulanie", tym razem w sensie "owijania w bawełnę" od razu budzi podejrzliwość. Bo mam wrażenie, że na tym polega podstawowa różnica między ludźmi ze Śląska a, chociażby nawet, z Sosnowca. Coś co dla Sosnowiczan jest wymianą uprzejmości albo z angielska "small talkiem", w Ślązaku (czyli między innymi i we mnie) od razu budzi podejrzliwość. I wydaje mi się, że to chyba jednak jest ten podstawowy wyróżnik genetyczny Ślązaka. To skupienie na konkrecie, czyli esencji rzeczy. To wierne trzymanie się tematu i nie wybieganie w jakieś chwyty erystyczne, w których, nie będę też ukrywać, moi rodzice są mistrzami. I często też takie złośliwości i wykręcanie czyichś wypowiedzi traktowali jako zabawę, dlatego też bardzo wcześnie zostałam na takie praktyki uodporniona. I bardzo ciężko było mi się przestawić że nie wszyscy takie praktyki traktują jak żarty, w których robią z siebie "gupka" i "robiom w ciula" samych siebie by rozśmieszyć towarzystwo. Bo większość ludzi nie zauważa, że takie chwyty są dla większości ludzi, a już dla takiego Ślonzoka, co to "niegdy nie mioł godać ani myśleć ino robić" w szczególności, przezroczyste.
Tutaj trzeba się pogodzić z tym, że pewne sformułowania przetłumaczone jeden do jednego na język polski niosą ze sobą jednak trochę inne zabarwienie emocjonalne, co jednak, niestety, jest nieprzetłumaczalne. Ale to chyba jednak jest dosyć mocny argument za uznaniem ślonskiej godki za odrębny język.
No więc jeszcze raz. Czy Śląski powinien zostać uznany językiem? Nie wiem. I ciężko mi się jednoznacznie wyrazić na ten temat, bo rozumiem argumenty każdej ze stron i w każdym przypadku są one dla mnie równie przekonujące.
Ale biorąc pod uwagę, że w chwili obecnej w ślonskiej godce używa się często polskich wulgaryzmów jako przecinków, gdzie zwykłe "jeronie" albo "jerona" albo też "pieronie" zwyczajnie zanika, ośmielam się twierdzić, że powinien być uznany za język, chociażby tylko po to aby przyszłym pokoleniom nie kojarzył się z rynsztokowym słownictwem, z którym często jest teraz mieszany, a z "godkom" moich dziadków, na której dźwięk od razu robi mi się ciepło na sercu.
I też taką chciałabym ją zachować i zapamiętać.

Każdy na swoje zdanie. Polecam mój artykuł na ten temat i pozdrawiam. https://www.ngs24.pl/slaski-gwara-czy-jezyk?fbclid=IwY2xjawHju4VleHRuA2FlbQIxMQABHZgCH6jeBDyN1NjAjp5mgtvg-nZvZxbGfc5nCSMH8n16oj5d_GUzuppgSQ_aem_2dfgBOiD-mMollu5sv-Q_Q
OdpowiedzUsuńBardzo dziękuję za komentarz i również pozdrawiam serdecznie :)
Usuń