Góra Ślęża, Zamek Książ, Tajemnicze Podziemia w Osówce, Góry Sowie, Polska Dolina Loary... Ciężko zliczyć wszystkie wspaniałości, które oczekują na odkrycie przez podróżnika, przemierzającego tę krainę.
Już w dzieciństwie namiętnie zaczytywałam się baśniami o "żywej wodzie" i o ludziach zamienionych w posągi. Potem z tajemnicą Góry Ślęży zetknęłam się podczas pisania pracy magisterskiej z "Panny Nikt". Nie mogłam się więc doczekać kiedy wreszcie zdobędę ten tajemniczy szczyt.
Mimo wczesnowiosennej aury, niestrudzenie wspinałyśmy się z przyjaciółką po stromych zboczach usłanych głazami i szczerze mówiąc nie zawiodłyśmy się. Bo zastałyśmy krajobraz jak wyjęty z pogańskich gai dębowych. I naprawdę nietrudno było wyobrazić sobie w tej scenerii starożytnych Słowian odprawiających swoje tajemnicze obrzędy.
Moje drugie spotkanie z tajemnicą Dolnego Śląska miało miejsce rok później, kiedy pojechaliśmy ze znajomymi w Góry Stołowe. Tym razem była to typowa turystyczna wyprawa i wszyscy, jak jeden mąż, odradzali nam wyjazd w te dni z powodu niepogody. No i oczywiście mieli rację. Lało w całej Polsce. Za wyjątkiem tego fragmentu po którym my się poruszaliśmy (co prawda do dzisiaj jesteśmy wszyscy święcie przekonani, że miało to związek z wieloma litrami alkoholu wypitymi dnia poprzedniego za pogodę, ale i tak był to prawdziwy cud). Wtedy też po raz pierwszy odwiedziłam Adrspach.
Moje kolejne spotkanie z Dolnym Śląskiem miało miejsce znowu rok później, kiedy w trójkę z koleżankami postanowiłyśmy odwiedzić podziemia w Osówce. Nie tyle same podziemia zrobiły na mnie wrażenie, co okolice tych podziemi.
Wylądowałyśmy na dworcu Wałbrzych Miasto i skierowałyśmy się w kierunku jakiegoś dworca autobusowego. Przyznam szczerze, że nigdy w życiu nie spotkałam się z równie zaniedbanym miastem (ale przyznaję się też bez bicia, że swoją opinię wystawiam jedynie na podstawie jednej ulicy, ciągnącej się od dworca kolejowego do dworca autobusowego, którego dzisiaj już nie ma, a na jego miejscu postawiono Aldi - a to zupełnie tak, jak gdyby na temat Chorzowa wyrabiać sobie zdanie po przejściu się na przykład taką ulicą Truchana). Najgorsze jednak było dopiero przed nami. Walim, czyli miejscowość w której miałyśmy nocować, to miejsce w którym diabeł mówi dobranoc w ścisłym tego słowa znaczeniu. Nigdy w życiu nie widziałam czegoś takiego. Obok ładnych "czteropiętrowców" znalazł się typowy śląski "familok", kilka kroków dalej stara szopa, a jeszcze trochę dalej takie coś:
Albo jeszcze takie coś:
Albo jeszcze takie coś:
Podejrzewam, że oba te pojazdy zostały porzucone po tym jak odmówiły posłuszeństwa ich właścicielom. Mimo, że w tym samym czasie po raz pierwszy zobaczyłam zamek w Książu, to i tak najbardziej utkwiły mi w pamięci dziwne widoki w Walimiu, gdzie trzy laski z plecakami wzbudzały niemałą sensację.
No i wreszcie w tym roku wyprawa planowana od kilku miesięcy na trasie Książ, Szczawno Zdrój, Adrspach i Wrocław. Kiedy to wreszcie mogłam zobaczyć pałac od środka.
Piękny zamek, który umiłował sobie Adolf Hitler do tego stopnia, że prawdopodobnie chciał ustanowić tu swoją kwaterę główną, robi niesamowite wrażenie.
Tak wiem. To chyba najbardziej typowe ujęcie zamku, ale zarazem też najładniejsze. No i oczywiście Księżna Daisy, która swoją żądzą przygód i zamiłowaniem do podróży wprowadziła jedno wielkie zamieszanie w życie swego męża, księcia pszczyńskiego Hochberga.
O ich licznych podróżach krążą legendy, które oprowadzająca nas po zamku pani przewodnik licznie przytaczała.
Na mnie chyba największe wrażenie zrobiła opowieść o długim na sześć metrów naszyjniku z pereł, który książę pszczyński ofiarował swojej małżonce w prezencie ślubnym. Klejnoty do naszyjnika wyławiane były na miejscu w Zatoce Adeńskiej, a książę z księżną z ciekawością się tym połowom przypatrywali. Podobno jeden z poławiaczy pereł miał umrzeć na oczach książęcej pary, w ostatnich słowach przeklinając kobietę, która ten naszyjnik będzie nosić.
Po pewnym czasie miało się to spełnić, gdyż pomimo pierwszych szczęśliwych lat, małżeństwo rozpadło się z powodu niewierności księcia von Pless, który pomimo dzielącej go znacznej różnicy wieku ze swoja małżonką i tak w pewnym momencie wymienił ją na nowszy model, a mianowicie na młodą arystokratkę hiszpańską, z którą z kolei dzieliło go 37 lat.
Tak się składa, że nowa, młoda małżonka też nie była długo wierna swojemu prawowitemu małżonkowi. I to chyba też można nazwać zemstą zdradzonej żony, gdyż księciu von Pless rogi przyprawił jego własny syn, zresztą ulubieniec swojej matki. Czyli zemsta doskonała zdradzonej małżonki 😃
Kolejnym przystankiem naszej podróży było Szczawno Zdrój. Po pierwsze nie podejrzewałam, że bądź co bądź znane uzdrowisko ściśle przylega do tak brzydkiego i przemysłowego przecież Wałbrzycha.
Niestety nie miałam okazji przekonać się naocznie o błędzie w jakim tkwię nadal sądząc, że Wałbrzych to takie brzydkie miasto, ale po powrocie przejrzałam sobie szybko Google street view i przyznaję, że można tam znaleźć bardzo urokliwe miejsca.
No ale za to Szczawno Zdrój... Na początku byliśmy trochę rozczarowani, gdyż wylądowaliśmy w niewłaściwej dzielnicy. Na szczęście po wielu wskazówkach, że mamy iść dalej prosto i w końcu dojdziemy do parku zdrojowego, trafiliśmy na coś takiego:
Cały park zdrojowy i promenada zrobiły na nas niesamowite wrażenie. Szczególnie właśnie, gdy wieczorem wszystko zostało nastrojowo podświetlone. Takie małe Karlove Vary, ale chyba jeszcze bardziej urokliwe.
No i kolejny przystanek, czyli Adrspach, który zwiedziłam po raz kolejny. Oczywiście, jak to zwykle bywa za drugim razem, trochę to wszystko już wyblakło, choć i tak widoki były cudne.

Zdecydowanie najbardziej przeszkadzał upał. Podziwianie majestatycznych skał w dniach, kiedy w Polsce padały rekordy ciepła, nie należało do najprzyjemniejszych. Jednak jeśli udało się już wyrwać na kilka dni ze szpon korporacji, to trzeba je jak najkonstruktywniej wykorzystać. No i nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała, że jeden z "nazistowskich" twórców poezji romantycznej, czyli Goethe odwiedził to miejsce (co zresztą upamiętnia pamiątkowa tablica) w towarzystwie m. in. hrabiego von Reden. Oprócz Adrspachu odwiedził wtedy też m.in. Tarnowskie Góry i okrasił księgę pamiątkową kopalni pewnym cytatem, który przytoczony w pierwszych dwóch wersach, może wzbudzać pewne kontrowersje, ale w całości jego sens jest jednoznaczny:
Z dala od wykształconych ludzi na krańcu państwa,
któż wam pomaga znajdować skarby i wydobywać je szczęśliwie na światło dnia?
Rozum i rzetelność są wsparciem jedynym,
To one dzierżą klucz do skarbów wszelkich, Jakie przechowuje ziemia.
Nie widzę w tych słowach ani krztyny pogardy, którą co niektórzy im przypisują.
No i kolejny przystanek, czyli Afrykarium we Wrocławiu.
Kiedy kilka lat temu odwiedziliśmy wrocławskie zoo, byliśmy mocno rozczarowani. Właśnie trwała budowa Afrykarium, wszystko było rozkopane i zdezorganizowane. I oczywiście aura, jak to zwykle wczesną wiosną bywa, zdecydowanie nas nie rozpieszczała.
Tym razem również nie mieliśmy szczęścia do pogody. Tym razem ziemia pod stopami nam się rozpuszczała, a ulubionym zajęciem zwierząt, również totalnie wyczerpanych upałem, było uporczywe chowanie się w cieniu. Ale za to samo Afrykarium:
No i chyba więcej dodawać nie muszę. Rozpisywać też się już więcej nie będę. Wszystko to trzeba zobaczyć na własne oczy.
PS. Wszystkie zdjęcia tu wykorzystane (za wyjątkiem pocztówki Daisy von Pless) zostały wykonane przez mojego chłopaka bez jego wiedzy, zgody i praw autorskich ;)














Komentarze
Prześlij komentarz